13 czerwca 2016
Antek
 
Dostaliście kiedyś coś za darmo? Ale tak zupełnie za darmo, bez płacenia, bez oddania czegoś innego w zamian? Nie, nie chodzi mi o prezent urodzinowy, albo na Gwiazdkę. Tak po prostu, bez okazji? Ja tak, właśnie dzisiaj. Pewnie dla większości z was nie jest to nic szczególnego. Ot, rodzice kupują wam coś, czego bardzo chcecie i już. Jednak w moim przypadku, sprawa wygląda trochę inaczej. Dlaczego? Powiem tylko tyle: bycie biednym jest do bani. Mógłbym narzekać i jęczeć godzinami, że w domu się nie przelewa, że wszystkie dzieciaki w szkole mają lepiej, że kanapki na drugie śniadanie niemal codziennie mam z pasztetem i to tym najtańszym… Ale po co się tak dołować? Fakt, nie jest to najprzyjemniejsze uczucie, kiedy wszystko co masz należało wcześniej do kogoś innego. Ubrania w większości mam po Norbercie. To mój starszy brat, wyjątkowo nadęty typek. Ale nie o nim chciałem wam teraz opowiedzieć. Na razie mam dopiero czternaście lat, więc bez problemu mieszczę się w większość jego starych bluz i koszulek. A to, czego brakuje, mama zawsze dokupuje w lumpeksach. Mamy tu kilka takich, tak zwanych ciucholandów, albo, jak to mówią niektórzy żartownisie z mojej klasy, butików dla bogatych inaczej. Osobiście nie widzę nic złego w noszeniu takich ubrań, ale rzadko się zdarza, żebym przetrwał cały dzień w szkole bez złośliwych komentarzy na ten temat. A to już wcale miłe nie jest.
Ciężko mi się żyje z etykietką tego najbiedniejszego, ale jakoś sobie radzę. Zresztą, oprócz ubrań i jedzenia, niewiele mi do szczęścia potrzeba. Markowych gadżetów, komputerów ani komórek nigdy nie lubiłem, a moje ukochane książki równie dobrze mogę wypożyczać w bibliotece. Mamy tu w pobliżu aż dwie – jedną, oczywiście, w szkole, z której jako uczeń mogę korzystać ile dusza zapragnie. Druga biblioteka mieści się w Miejskim Domu Kultury. Tę drugą lubię o wiele bardziej. Mają tam duży wybór, a niektóre książki są nawet całkiem nowe. Kiedy natrafię na którąś z nich, od razu wypożyczam, nawet jeśli treść nie do końca trafia w moje gusta. Co poradzić, taki już jestem. Uwielbiam ten wyjątkowy zapach świeżego druku, ten cichy dźwięk rozchylanej po raz pierwszy okładki, tę gładkość czyściuteńkich stron.
Szkoda tylko, że w obu bibliotekach półkę opisaną jako „fantastyka” znam już na pamięć. Każdą z książek czytałem przynajmniej po dwa razy, niektóre nawet i ze trzy. Czasami pojawia się coś nowego, ale raczej nieczęsto. W końcu kto by się tam przejmował jakąś zwyczajną biblioteką w małym miasteczku, skoro i tak mało kto z niej korzysta? Dlatego właśnie, i tu przechodzimy do tego, co chciałem wam opowiedzieć już na samym początku, strasznie się ucieszyłem, kiedy zobaczyłem nowy szyld nad starymi drzwiami. Ale po kolei, bo się pogubimy.
Zacznijmy od tego, że dziś poniedziałek. A w każdy ponie-działek moja klasa ma dwa WF-y pod rząd. A ponieważ jest to ostatnia i przedostatnia lekcja, i nie musimy spieszyć się na kolej-ne, czasami pan wuefista gdzieś nas zabiera, na spacer, albo na stadion, żebyśmy mogli pograć sobie w piłkę na większym boisku, niż to nasze, betonowe, za szkołą. Dziś też tak było. Szkoła, do której chodzę, leży w Gołańczy. To bardzo małe miasto, nie mieszka tu więcej niż cztery tysiące osób i wszędzie można bez problemu dotrzeć piechotą. Z naszej szkoły, na przykład, na stadion, idzie się jakieś piętnaście minut. Dziesięć, jeśli idziesz szybszym krokiem, albo jeśli wybierzesz drogę przy jeziorze, zamiast przez rynek. Dziś jednak, szliśmy właśnie przez rynek. Tam, kiedy wchodzi się ulicą od strony naszej szkoły, była kiedyś na rogu niewielka księgarnia. Nic specjalnego, głównie podręczniki szkolne. Rzadko sprowadzano jakąś poczciwą książkę, a jeszcze rzadziej ktoś takową kupował. Jednak parę lat temu pojawił się zwyczaj, że szkoła sama zamawia i sprowadza potrzebne podręczniki, dlatego księgarnia straciła swoje największe źródło dochodu i w zeszłym roku została zamknięta. Od tamtego czasu lokal stał pusty. Jakoś tak się złożyło, że nikt nie wynajął go ani na sklep, ani na salon fryzjerski, ani na nic innego. Był sobie po prostu, taki niczyj, a jego wystawy świeciły pustkami zza szyb, które z tygodnia na tydzień robiły się coraz brudniejsze. Ale dziś, tego pięknego poniedziałku, wreszcie coś ruszyło.
Szedłem na WF bez szczególnego entuzjazmu. Lubię ten przedmiot, ale na pewno nie można powiedzieć, żeby należał do moich ulubionych. Zdecydowanie wolę polski. Zawsze mam z niego same piątki i szóstki. Nie, nie jestem wzorowym uczniem. Z matmy ledwo wyciągam na tróję i męczę się od pierwszej do ostatniej minuty lekcji, jakby ktoś skazał mnie na tortury. Ale polski, to zupełnie co innego. Najbardziej lubię pisać wypracowania. Co prawda zawsze napiszę przynajmniej o trzy strony za dużo, ale pani nigdy nie obniża mi za to oceny. Wzdycha tylko i mówi, że mam zbyt bujną wyobraźnię. Wtedy i ja wzdycham, odpowiadając, że to raczej niemożliwe. Wtedy, z kolei, ona wybucha serdecznym śmiechem. Zresztą, śmiejemy się z tego oboje.
Ale wróćmy do tematu. Wchodziliśmy właśnie na rynek. Dwaj koledzy przede mną żywo rozmawiali na temat najnowszego dodatku do jakiejś gry komputerowej. Nie mógłbym się przyłączyć do ich rozmowy, nawet gdybym chciał. Mamy nie stać było na nowe trampki dla mnie, a co dopiero na komputer. Z ciężkim westchnieniem, rzuciłem okiem na poprzecierane w kilku miejscach, stare adidasy. Po Norbercie, oczywiście. Szybko odwróciłem wzrok, nie chcąc, żeby inni zauważyli opłakany stan moich butów. Chociaż pewnie i tak już zauważyli. W końcu chodzę w nich od początku wiosny i nigdy nie wyglądały wiele lepiej. Mniejsza o to. Postanowiłem wrócić do bezmyślnego oglądania sklepowych witryn. Wodziłem wzrokiem od jednego sklepu z ubraniami do drugiego, aż tu nagle zobaczyłem to!
Na wystawie, która dotąd była pusta, ni stąd ni zowąd, pojawiło się kilkanaście książek. Nowiuteńkich, czyściuteńkich, pachnących, o kolorowych okładkach, które zachęcały do kupna, niczym najlepsza recenzja. Nad drzwiami, dokładnie na rogu budynku, wisiał bladożółty szyld, którego wczoraj na bank jeszcze tam nie było. Napis na szyldzie głosił wprost: księgarnia. To jedno, z pozoru zwyczajne słowo, urzekło mnie tak bardzo, że nawet nie zauważyłem kiedy przystanąłem na chwilę. Zorientowałem się, że stoję w miejscu dopiero, kiedy jedna z idących za mną koleżanek wpadła na mnie i rzuciła krótkie, pełne wyrzutu: „ej!”. Szybko otrząsnąłem się i natychmiast ruszyłem dalej, wiedząc już doskonale, co zrobię od razu po lekcjach.
Kiedy tylko skończył się WF, przebrałem się w tempie błyskawicy, złapałem plecak i niemal biegiem wyprysnąłem z szatni. Czym prędzej ruszyłem chodnikiem w stronę rynku. Nie minęło parę minut, a już stałem pod drzwiami księgarni. Tu to dopiero pojawił się dylemat – wchodzić, czy nie wchodzić? Wiedziałem, że nawet jeśli wejdę, nie będzie mnie stać na kupienie żadnej książki. Z drugiej jednak strony, chciałem przynajmniej na nie popatrzeć, tylko dotknąć, tylko podelektować się zapachem. A co mi tam, wszedłem.
W środku zdawało się być o wiele więcej miejsca, niż za po-przedniego właściciela. Może to przez inne ustawienie półek, może przez jasny kolor wnętrza. Półki z książkami zajmowały niemal każdy wolny kawałek ściany; każdy z tomów stał na swoim miejscu, starannie ułożony i odpowiednio wyeksponowany. Każdy zdawał się mówić do mnie: „Kup mnie, warto!”. Wzdłuż okien stało kilka pulpitów, ustawionych tyłem do klientów, a przodem do wystawy. Na nich leżały te wybrane książki, które można było oglądać z zewnątrz. Tu czy tam, nie robiło mi różnicy, gdzie leżały. Wszystkie one były dla mnie po prostu piękne.
Stałem tak, zapatrzony i urzeczony, dopóki z transu nie wyrwało mnie czyjeś chrząknięcie. Drgnąłem, lekko przestraszony. Popatrzyłem za wąską ladę, na której stała kasa, taka starodawna, może nawet jakiś antyk. Za ladą, i za kasą zarazem, pojawił się ktoś, kogo chwilę wcześniej jeszcze tam nie było. Chudy staruszek o pociągłej twarzy i z zabawnym wianuszkiem zupełnie już siwych włosów, okalających błyszczącą łysinę na czubku jego głowy, uśmiechał się do mnie przyjaźnie. Poprawił wypłowiałą, brązową marynarkę, odchrząknął raz jeszcze i zrobił krok w przód, opierając się kościstymi dłońmi o ladę.
– Szukasz czegoś konkretnego? – zapytał.
Jego głos był przyjemny. Na tyle przyjemny, że od razu przeszło mi całe zdenerwowanie.
– Dzień dobry – powiedziałem szybko. – Nie. Właściwie… przyszedłem się tylko rozejrzeć.
Przecież nie przyznam tak wprost, że nigdy nie będzie mnie stać na żadną z tych książek. A szkoda, bo przez to parę minut zdołałem już wypatrzeć kilka, które bardzo chętnie zabrałbym ze sobą. Staruszek musiał wyczytać to w moich oczach. Kurczę, czy naprawdę aż tak to po mnie widać?
– Rozumiem. – Kiwnął głową i westchnął cicho. – Teraz tak niewielu młodych ludzi interesuje się książkami. Komputery, Internet... Szkoda.
– Nie wiedzą, co tracą – odparłem równie cicho.
Czułem, że bardzo łatwo udałoby mi się znaleźć wspólny język z tym człowiekiem.
– O? – Staruszek popatrzył na mnie z nagłym zainteresowaniem. – Jesteś pewien, że nie chcesz kupić żadnej z moich książek?
– Kupiłbym. I to niejedną – odpowiedziałem, tym razem już zupełnie szczerze. – Po prostu... – I tu szczerość się kończyła. Ja i moje głupie kompleksy. – Chwilowo krucho u mnie z pieniędzmi. Może poczekam na kieszonkowe, albo… – zamilkłem w pół zdania.
Albo co? Spójrzmy prawdzie w oczy, nigdy w życiu nie dostałem kieszonkowego i wcale nie zanosi się, żeby miało się to zmienić.
– Wiesz co? – Staruszek wyszedł zza lady i podparł się pod boki. Rany, kiedy stał w takiej pozycji, wydawał się jeszcze chudszy, niż na początku. – Właściwie jesteś moim pierwszym klientem. Myślę, że nic się nie stanie, jeśli podaruję ci jedną z nich. – Wskazał na półki, pełne pachnących nowością książek, a ja nie uwierzyłem własnym uszom.
– Tak za darmo? – wydukałem w końcu.
– Tak za darmo. – Staruszek skinął głową. – Śmiało, wybieraj, co tylko cię interesuje.
Nie musiał mnie prosić drugi raz. Wypaliłem jak strzała w kierunku najbliższej z półek. Jedna książka, druga, trzecia… Każda kolejna ciekawsza od poprzedniej. Nie, Antek, skup się! Możesz wziąć tylko jedną. Decyzja była koszmarnie trudna, ale wreszcie się zdecydowałem. Mój wybór padł na niedużą książkę, grubości może trzystu stron, o wdzięcznym tytule: „Wojny Goblinów”. Okładkę zdobiła ilustracja ciągnącej się aż po horyzont nieznanej mi krainy, wielotysięcznej armii zielonoskórych stworów. Rzuciłem okiem na nazwisko autora. Nic mi nie mówiło, ale mimo to książka zapowiadała się doskonale. Szybko przeczytałem opis z tyłu okładki. Akcja, epicka przygoda, fantastyczne stwory – krótko mówiąc, właśnie to, co lubię najbardziej.
– Ta – powiedziałem krótko, unosząc książkę nieco wyżej.
– Jest twoja. – Staruszek uśmiechnął się w odpowiedzi.
Podziękowałem grzecznie i postanowiłem wyjść czym prędzej, zanim się rozmyśli.
 – Poczekaj – zawołał za mną.
No i masz. Wiedziałem. To byłoby zbyt piękne. Odwróciłem się ze zrezygnowaną miną. Właściciel księgarni nie zażądał jednak zwrotu książki, jak się tego spodziewałem.
– Chciałbym cię o coś zapytać. Tylko o jedną rzecz – wyjaśnił szybko, widząc mój strapiony wyraz twarzy.
– Słucham?
– Powiedz, kim chciałbyś zostać w przyszłości?
Takiego pytania się nie spodziewałem. Bo i skąd? Rozmawiamy sobie o książkach, dostaję jedną w prezencie, a tu nagle – bach! Co to ma do rzeczy? No, ale odpowiedzieć trzeba. A przynajmniej wypada. W końcu ten pan był dla mnie taki miły.
– Lakiernikiem samochodowym. Albo stolarzem – odparłem automatycznie.
– Hmm… Jesteś pewien?
– Tak. – Pokiwałem głową.
Nie! Oczywiście, że nie! Ja, stolarz? Co za głupi pomysł! Mam dwie lewe ręce do takich rzeczy. Pierwszego dnia skończyłbym pewnie z palcami poharatanymi przez piłę. Żaden stolarz, żaden lakiernik! Chcę być pisarzem! Ale… mam jakiś wybór? O studiach nie mam co marzyć, chociaż bardzo bym chciał. Mamy nigdy nie będzie na to stać. Muszę jak najszybciej zdobyć zawód, to jedyna opcja w moim przypadku. Tak, za kilka lat pójdę do szkoły zawodowej. Lakiernik, albo stolarz. Antek, pogódź się w końcu z tą myślą. Ech, moje biedne palce…
– No dobrze. – Staruszkowi nie pozostało nic innego, jak tylko uśmiechnąć się do mnie po raz kolejny. – Dziękuję za wizytę. I miłej lektury.
Uniósł dłoń, jakby na znak, że mogę już sobie pójść. Od razu ruszyłem do drzwi. Nie zatrzymał mnie już więcej.