14 czerwca 2016 
Julka
 
No i pierwszy dzień za mną. Nie było nawet tak źle, jak się spodziewałam. Jasne, trafiło się kilka zdziwionych spojrzeń. No dobra, całkiem sporo zdziwionych spojrzeń. W końcu, kto normalny zmienia szkołę dwa tygodnie przed zakończeniem roku? Dokładnie takie samo pytanie zadałam mojej mamie. Chciałam po prostu odpuścić sobie szkołę przez te kilka dni. Przecież oceny i tak miałam już wystawione. Wszystko udało mi się pozaliczać jeszcze w poprzednim gimnazjum. Ale mama się uparła. Poznasz swoją nową klasę. Będzie ci łatwiej po wakacjach – mówiła. Łatwiej. Jasne.
Nigdy nie było mi łatwiej, jeśli chodzi o nawiązywanie znajomości. Może to i lepiej. Przynajmniej teraz nie rozpaczam, że musiałam wyprowadzić się z Poznania. Praktycznie nic tam nie zostawiam. Za niczym nie będę tęsknić. Ani za szkołą, ani za koleżankami. Może trochę za naszym starym domem, zanim przyzwyczaję się do tego nowego. Tak, domu będzie mi brakować. No i taty.
Bo musicie wiedzieć, że spotkało mnie coś okropnego. Moi rodzice się rozwodzą. Tak, wiem, to straszne. Wszystko stało się tak szybko, że nadal tak do końca nie mogę w to uwierzyć. Pewnego wieczoru tata wrócił do domu i jak gdyby nigdy nic powiedział do mamy, że od teraz będzie mieszkać z jakąś tam Aśką. Nie miałam pojęcia o co chodzi. Za to mama od razu się wściekła. Krzyczała, że się tego spodziewała, że już od dawna podejrzewała go o jakieś świństwo. Tata zaśmiał jej się w twarz i odkrzyknął, że ta Aśka spodziewa się dziecka. Mama rzuciła w niego pokrywką od garnka. A kiedy zobaczyli, że wszystko słyszałam, mama wybuchnęła płaczem, a tata po prostu wyszedł. I już. Nie widziałam go od tamtej pory ani razu. Mama mówi, że tata nie ma teraz czasu, żeby się z nami zobaczyć. Ale mnie się zdaje, że on po prostu nie chce.
I macie moją historię. Tak właśnie się tu znalazłam. Mama sprzedała mieszkanie jeszcze w tym samym tygodniu, w którym tata nas zostawił. Mówiła, że nie zostanie w nim ani chwili dłużej. A w zeszłą sobotę przeniosłyśmy się tutaj, do domu, który kiedyś należał do moich dziadków. Ta cała Gołańcz wydaje się nawet miłym miejscem, chociaż tak naprawdę prawie w ogóle jej nie znam. Wiem, że moja mama się tu wychowała i że mieszkali tu jej rodzice, ale tak w sumie, to od kiedy pamiętam, byliśmy u nich raptem parę razy. Tata nigdy nie mógł się z dziadkami dogadać, więc, dla świętego spokoju, mama zazwyczaj odwiedzała ich sama. Teraz i dziadek i babcia już nie żyją. Został po nich dom, ładny, z pięknym balkonem, w którym od teraz będziemy z mamą mieszkać tylko we dwie. Może czasami wpadnie do nas Kasia, moja starsza siostra. Ta to dopiero ma szczęście! W zeszłym roku zaczęła studia i od jesieni wynajmuje kawalerkę w Warszawie, na spółkę z koleżanką. Ominęło ją przez to całe zamieszanie, przeprowadzka, pakowanie pudeł. Farciara. Pewnie nawet nie przejęła się tym, co dzieje się między rodzicami. Cały czas tylko siedzi z tym swoim chłopakiem. Nawet wtedy, kiedy mama do niej dzwoni. Czasami zastanawiam się, jak to jest mieć chłopaka. Jasne, jestem jeszcze za młoda i w ogóle. Mam jeszcze czas na takie rzeczy. W końcu przede mną dopiero czternaste urodziny. Ale nie mogę przestać o tym myśleć. Jak to jest mieć kogoś, komu na tobie zależy, ale tak naprawdę? Jak to jest wiedzieć, że ktoś z tobą jest i zawsze będzie, że nigdy cię nie zostawi? Nigdy, nie tak jak tata…
Nie myśl o tym, Jula, nie teraz! Pora poukładać życie, tak od nowa. Rozdział pod tytułem Poznań jest już zamknięty, raz na zawsze. Teraz pora na kolejny. Gołańcz. Ciekawe, co mnie tu czeka. Jedno jest pewne – gorzej, to już nie będzie.
Westchnęłam ciężko i oparłam się łokciami o balustradę balkonu. Wiedziałam, który pokój sobie wybrać. Z całego domu, balkon podoba mi się zdecydowanie najbardziej. Choć w porównaniu do balkonów w wielopiętrowych blokach, ten wisi raczej nisko nad ziemią, widok mam stąd całkiem przyjemny. Kiedy spojrzę w prawo, widzę kościół. Ładny. Nie taki nowoczesny, jak większość kościołów, jakie widywałam w Poznaniu. Byłam już nawet w środku. Po bokach stoją takie dwa bardzo stare ołtarze. Mama mówiła, że to barok, ale to słowo niewiele mi mówi. Chyba już je kiedyś słyszałam, w szkole, na lekcji sztuki. Dokładnie nie pamiętam. Kościół jest spory, z zewnątrz pomalowany na żółto, z ciemnoczerwonym dachem. Wyrastają z niego dwie wieże, jedna z przodu, druga z tyłu. Obie brązowe, jakby jedna była miniaturką drugiej. W którejś z nich kryje się dzwon. Jeszcze nie rozgryzłam w której, ale na pewno gdzieś tam jest, bo słyszę go o każdej pełnej godzinie, czy tego chcę, czy nie. Gołańcz jest tak mała, że pewnie słychać go na każdym jej końcu. Po lewej stronie widzę wejście na rynek. Też ładny, dużo na nim zieleni. Na środku stoi pomnik świętego Wawrzyńca. Podobno jest tutejszym patronem. Nie dziwię się, że nazywają go męczennikiem, skoro całymi dniami musi tak stać i męczyć się z tymi nieznośnymi dzieciakami, które ciągle majstrują coś przy starej, zamkniętej na kłódkę pompie, tuż pod jego nosem. Biedny Wawrzyniec. Pewnie, gdyby mógł, zszedłby ze swojego piedestału i pogonił łobuziaków gdzie pieprz rośnie, święty czy nie. Na rynku jest też kilka sklepów i jedna, nowa księgarnia na rogu. Ba, nawet bardzo nowa. Otwarto ją zaledwie wczoraj. I to właśnie w niej przytrafiła mi się dziś zabawna historia. No dobrze, może wcale nie taka zabawna. Raczej trochę dziwna.
Szłam właśnie do szkoły. Po raz pierwszy, bo chociaż poniedziałek był wczoraj, to mama darowała mi ten jeden dzień. Cóż, zawsze coś. Ale dziś nie chciała już odpuścić. Wyszłam z domu trochę wcześniej, chociaż szkołę mam naprawdę bliziutko. Wystarczy przejść przez rynek, jedno skrzyżowanie i już. Szłam powoli, niechętnie, nie spiesząc się w ogóle. Nie miałam do czego. Lekcje to pikuś; zresztą, jakie trudne tematy mogą pojawić się w czerwcu, na sam koniec roku? Ale te ciekawskie spojrzenia, te kłopotliwe pytania. Niezręczna cisza, albo wymuszone „cześć” po wejściu do klasy. Żadna z tych rzeczy nie była zbyt zachęcająca.
Do księgarni na rogu weszłam bez szczególnego powodu. Może dlatego, że chciałam chociaż trochę odwlec ten nieprzyjemny moment, kiedy będę musiała przekroczyć próg nowej, obcej dla mnie szkoły, a może po prostu, bo miałam jeszcze trochę czasu przed pierwszą lekcją. W każdym razie coś podpowiedziało mi, żeby zajrzeć do środka.
Było tam miło, nie tak tłoczno i hałaśliwie, jak w poznańskich księgarniach-molochach. Książki leżały na półkach jak eksponaty na muzealnych wystawach – każda miała godne miejsce, by być podziwianą. Nie stały stłoczone jak towar w supermarkecie, jak to zazwyczaj wygląda w dużych księgarniach. Ta, prawdę mówiąc, nie była ani duża, ani mała. Taka w sam raz. Po prawej stronie od wejścia, nieopodal wystawowego okna, stały dwa, okrągłe, białe stoliczki, każdy w towarzystwie trzech wiklinowych krzeseł. Na wprost, w głębi księgarni, wąska lada w kolorze kasztanowym oddzielała drzwi na zaplecze od reszty pomieszczenia.
Podeszłam do jednej z półek i zaczęłam przeglądać poszczególne książki. Bardzo szybko natrafiłam na jedną, którą czytałam już wcześniej. „Romeo i Julia” – uśmiechnęłam się lekko, widząc znajomy tytuł. To piękna opowieść. O miłości, o młodych ludziach, o nieszczęściu, któremu można było zapobiec. Podobała mi się. Nieświadomie pogładziłam okładkę książki, w ten dziwny sposób okazując swoją sympatię do opisanej wewnątrz niej historii. Wtedy, tuż przy moim prawym uchu, rozległ się jakiś nieznany głos:
– Ktoś tu lubi klasykę, mam rację?
Przestraszyłam się, ale tylko w pierwszej chwili, bo stojący po mojej prawej stronie, starszy pan wyglądał na tak pogodnego, że naprawdę nie sposób było się go bać.
– Kim pan jest? – zapytałam, najgrzeczniej jak tylko potrafiłam.
Teraz sama widzę, jak głupie było moje pytanie. Kim niby miał być, jeśli nie właścicielem księgarni?
– Mam na imię Ewaryst – odparł spokojnie. – Właśnie wczoraj otworzyłem tu drobny interes. Ciekawe, czy moja księgarnia utrzyma się w tak małym miasteczku – powiedział i z pewną czułością poprawił na półce jedną z książek.
Popatrzyłam na niego, mrużąc oczy.
– Zaraz, czy to znaczy, że pan też jest tutaj nowy?
– Też? – zapytał, spoglądając na mnie uważnie.
– No, tak. – Pokiwałam głową. – Ja mieszkam tu dopiero od trzech dni. Ledwo co się z mamą wprowadziłyśmy.
– Rozumiem. – Pan Ewaryst uśmiechnął się ciepło. – Jak masz na imię? – zapytał po chwili.
– Julia. Właściwie to wolę Julka – poprawiłam się szybko.
– Moja droga Julko – zaczął pan Ewaryst, a miły dla oka uśmiech nie schodził z jego twarzy – skoro oboje jesteśmy tu nowi, co powiesz na to, żeby przyjąć ode mnie mały prezent?
– Jaki prezent? – spytałam odruchowo.
– Na przykład tę książkę. – To mówiąc, pan Ewaryst podał mi „Romea i Julię”.
Zdziwiona, popatrzyłam na książkę, którą chwilę wcześniej sama sobie upatrzyłam, a która teraz spoczywała już w moich dłoniach.
– Jest pan pewien? – zapytałam bez przekonania.
Pan Ewaryst skinął głową.
– Weź, tak na dobry początek. Może przyniesie ci szczęście – odparł.
– Dziękuję – powiedziałam cicho, odpowiadając na jego uśmiech swoim własnym.
– Powiedz, Julko, czy mogę zadać ci jeszcze jedno pytanie?
– Tak? – spytałam, zaciekawiona, czego też może ono dotyczyć.
– Czy wiesz już, kim chciałabyś zostać w przyszłości?
Kim chcę być w przyszłości? Dobre pytanie. Kiedy byłam młodsza, miałam na to przeróżne pomysły. Tysiące pomysłów. Teraz… sama już nie wiem. Warto w ogóle martwić się o to, co będzie kiedyś, skoro moje życie wali się już tu i teraz?
– Czy to ważne? – powiedziałam w końcu, odganiając przykre myśli, które znów na upartego pchały mi się do głowy. Myśli o tacie. – Wystarczy mi, jeśli po prostu będę szczęśliwa.
– Mądre słowa, jak na kogoś tak młodego – pochwalił pan Ewaryst.
Może i mądre, ale czy tak naprawdę wciąż jeszcze wierzę, że mogą się spełnić?
– No, lepiej już leć, bo jeszcze spóźnisz się na lekcje.
– Skąd pan wie?... – zapytałam zdziwiona.
Pan Ewaryst nie odpowiedział nic, tylko wskazał dłonią na mój plecak, tak lekki, że zdążyłam o nim zupełnie zapomnieć.
– Racja – Zaśmiałam się z własnej gapowatości i, raz jeszcze dziękując za prezent, poszłam wreszcie do szkoły.
Teraz jest już wieczór, a ja stoję na balkonie, przyglądając się małym, czerwonawym chmurkom, chowającym się powoli za kościelną wieżę. Cały dzień chodzi mi po głowie ta książka, „Romeo i Julia”. Od samego rana, dosłownie bez przerwy. Chyba przeczytam ją raz jeszcze.