14 czerwca 2016
Bartek
No i masz, odwołali mi basen! W sumie to nawet trochę się z tego cieszę, chociaż wiem, że nie powinienem. Tata nieźle by się wkurzył, gdybym mu o tym powiedział. W końcu ćwiczenia ogólnorozwojowe ważna rzecz. No, ale dajcie spokój, ile można? W poniedziałki, środy i piątki mam piłkę. Tak, gram w nogę. Jestem nawet całkiem dobry, jeśli nie najlepszy w Gołańczy. No dobra, nie chwalę się już. Ale to i tak prawda. We wtorki basen, tak dla podtrzymania formy, no a w czwartki dodatkowy hiszpański. Tata mówi, że kiedy już zostanę wielką gwiazdą futbolu i któryś ze znanych hiszpańskich klubów będzie chciał mnie kupić, to przyda mi się wiedzieć, jak się z nimi dogadać tam, na miejscu. Może i ma rację, ale ja kiepsko to widzę. Ten cały hiszpański idzie mi jak krew z nosa. Po pół roku nauki umiem się tylko przedstawić i zapytać, gdzie znajdę toaletę. Chociaż… w końcu kibelek ważna rzecz, no nie? Do tego wszystkiego, rodzice wykupili mi jeszcze dodatkowe lekcje z naszym trenerem. I to kiedy? W soboty po południu! W soboty, czaicie to?! W jeden jedyny dzień, kiedy mogłem porobić coś poza piłką i poza niedzielnym obiadkiem z dziadkami. Bo tego ostatniego, akurat, mama nigdy by mi nie odpuściła.
Pan Dominik, mój trener, jest całkiem spoko. Dość młody, podobno nie ma nawet jeszcze dziewczyny. To by wyjaśniało, dlaczego poświęca nam aż tyle czasu. Po prostu mu się nudzi. Jestem napastnikiem w drużynie juniorów, w naszym gołanieckim klubie sportowym, który nazywa się „Zamek”. Wiem, wiem, lepiej brzmiałoby „Sokół”, „Orzeł”, albo inny wypasiony „Jastrząb”. Ale, że akurat prosto ze stadionu mamy widok na taki wielki, stary zamek, który stoi po drugiej stronie jeziora Smolary, to ktoś, komu pewnie nie chciało się bardziej wysilać, nazwał nas właśnie „Zamkiem”. Niech będzie i tak. Mnie tam wszystko jedno jak się nazywamy, byle piłka była okrągła, dobrze napompowana i byle były dwie bramki, do których można ją wpuszczać.
Muszę jednak przyznać, że ostatnio czuję się trochę zmęczony tymi ciągłymi treningami. Nie zrozumcie mnie źle, naprawdę kocham piłkę! Ale chciałbym mieć też trochę czasu na coś innego. Na przykład tak, jak dzisiaj. Niespodziewanie wyskoczyło mi wolne popołudnie. I wiecie co zrobiłem? Poszedłem do księgarni, a jak! Znaczy, normalnie pewnie wcale bym tam nie wchodził, a jeszcze pewniej, to w ogóle bym nie zauważył, że otworzyli przy rynku jakąś nową księgarnię. Gdyby nie ta książka z wystawy. No dobra, przyznam się, nie przepadam za czytaniem. Ale koło tej książki nie mogłem przejść obojętnie. Już sam tytuł: „Polskie gwiazdy światowej piłki” wystarczył, żeby złapać moją uwagę. A zdjęcia kilku najbardziej znanych polskich piłkarzy, umieszczone na okładce, do reszty utwierdziły mnie w przekonaniu, że naprawdę chcę wejść do tego sklepu.
Nie zamierzałem jej kupować. Zresztą, nawet nie zabrałem ze sobą tyle kasy. Ale samo tak jakoś wyszło, że teraz leży na moim biurku. Wszystko przez tego staruszka, którego spotkałem w środku. Właściciel, albo po prostu sprzedawca, kto go tam wie. Jeśli sprzedawca, to pewnie będzie miał kłopoty przez to, że za darmo rozdaje ludziom książki. W każdym razie, skapnął się o co mi chodzi, kiedy tylko zamknąłem za sobą drzwi.
– Oho, czyżby wschodząca gwiazda wielkiego futbolu? – zapytał, uśmiechając się do mnie, zanim nawet zdążyłem mruknąć „dobry” na powitanie. – Czym mogę ci służyć?
Rany, jaki ten dziadunio był chudy! Temu to dopiero przydałaby się jakaś porządna ogólnorozwojówka. Pewnie jest już tak stary, że zapomniał, do czego służą mięśnie. Oczywiście nie powiedziałem mu tego na głos. Ma się w końcu te podstawy dobrego wychowania.
– Yyy… ta książka z wystawy? – wydukałem, bez ładu i składu.
– Oczywiście. Widziałem, jak patrzyłeś na nią przez szybę. Chcesz ją kupić?
– Nie bardzo – odparłem z grymasem na twarzy. – Wie pan, ja nie kupuję książek – dodałem, odruchowo pakując ręce do kieszeni. Zaraz jednak przypomniałem sobie, że to niekulturalnie i szybko wyciągnąłem je z powrotem.
Mówiłem szczerze. Po co zmyślać i robić z siebie jakiegoś intelekta na siłę? Korki, nową piłkę – to tak, ale książkę? Nigdy w życiu nie kupiłem żadnej. Ani jednej. Prędzej jakieś magazyny sportowe, ale to chyba trochę co innego. Zresztą i tak kupowałem je tylko dla plakatów.
– Ach tak? Skoro nie chcesz jej kupić, to może przyjąłbyś ją w prezencie?
Że jak?! Moje oczy zrobiły się pewnie wielkie jak piłki, kiedy wywaliłem je na tego podstarzałego gostka. Dobrze zrozumiałem? Chce mi oddać tę książkę za nic?
– Dlaczego? – zapytałem krótko. Byłem tak zdziwiony, że nie stać mnie było na nic bardziej kreatywnego.
– Dlatego, że być może kiedyś zostaniesz wielką gwiazdą, a wtedy ja będę miał satysfakcję, że przyłożyłem do tego rękę. Bo to twoje marzenie, prawda? W przyszłości chcesz zostać zawodowym piłkarzem?
– Jasne – wypaliłem bez chwili namysłu.
Chociaż, gdyby tak głębiej się nad tym zastanowić, to czy to naprawdę jest moje własne marzenie? Nie pamiętam dnia, w którym to sobie postanowiłem. Nie wiem, co właściwie mnie do tego zainspirowało. Czy to przez jakiś ważny mecz, który widziałem w telewizji jako mały dzieciak? Czy może koledzy z podwórka zarazili mnie swoją pasją? Serio, nie pamiętam. To marzenie po prostu od zawsze było w mojej głowie. Jakby ktoś wsadził je tam za mnie. Jakby ktoś kazał mi marzyć o piłkarskiej karierze. Lubiłem piłkę, pewnie dlatego, że ona zawsze była wokół mnie. Tata uczył mnie kopać od kiedy tylko ogarnąłem jak się w ogóle chodzi. Wszystkie zdjęcia w rodzinnym albumie mam albo z piłką, albo przy bramce, albo w klubowej koszulce. Nic dziwnego, że nie wyobrażam sobie życia poza boiskiem. Nie miałem nawet szansy go spróbować.
– W takim razie trzymam kciuki. – Dziadunio zdjął książkę z wystawy i podał mi ją, cały czas patrząc na mnie z tym swoim uśmiechem. – Obiecaj mi tylko, że ją przeczytasz.
– Dobra, dobra – zgodziłem się od niechcenia. – Niech będzie, że przeczytam.
Przeczytam, jeśli w ogóle znajdę na to czas – dodałem w myślach, przypominając sobie o jutrzejszym treningu.