16 czerwca 2016
Oskar
Nowa księgarnia? U nas? Na tym odludziu? A to dobre! Pewnie ta też po pół roku splajtuje, jak tamta poprzednia. Ludzie u nas nie lubią książek. Przynajmniej nie na tyle, żeby kupować je za swoje ciężko zarobione pieniądze. Sam, jeśli już mam coś dla siebie wybrać, wolę robić zakupy przez Internet. Wybór jest nieporównywalnie większy, a i ceny korzystniejsze. Ale do nowej księgarni na rogu wszedłem, tak z czystej ciekawości. Z ciekawości i nie tylko. Miałem dość tego ciągłego marudzenia rodziców, że powinienem mieć jakieś życie poza szkołą. Pobaw się z kolegami – mówią ciągle – non stop tylko siedzisz i się uczysz. Zwariujesz od tego. Bądź czasem dzieckiem, póki masz na to czas.
Zabawne, że tak mówią. Z dwóch powodów. Po pierwsze, dziewięćdziesiąt dziewięć procent normalnych rodziców dałoby się pokroić, żeby ich dzieci wolały raczej spędzać czas na nauce, niż na ganianiu bez sensu po podwórku, albo psuciu sobie oczu durnymi grami komputerowymi. Po drugie, mam przecież bardzo dobry powód i żeby zwariować, i żeby nie czuć się już dzieckiem. I basta! Tu zabawne rzeczy dobiegają końca.
Jednak nie będę się tu teraz przed wami uzewnętrzniał. Zresztą, nie o tym chciałem opowiedzieć. Mówiąc krótko, wstąpiłem dziś po lekcjach do tej księgarni, żeby rodzice nie truli mi znów po powrocie, że tylko szkoła, dom, szkoła, dom i nic poza tym. Jeśli się trochę spóźnię, zawsze mogę powiedzieć, że zagadałem się z kolegami. Ja będę miał spokój, oni też dostaną co chcą i wszyscy będą zadowoleni. A kto wie, może przy okazji jakaś warta uwagi książka wpadnie mi w ręce?
Na przeglądaniu kolejnych tomów spędziłem prawie godzinę. Głównie książki naukowe, kompendia i tym podobne. Mam bardzo specyficzny gust, jak na dwunastolatka. Jestem zbyt dojrzały, można by rzec. I przez to też, niezbyt popularny wśród rówieśników, ale to akurat nie jest dla mnie problemem. Uwierzcie mi bowiem, wiem doskonale, czym są prawdziwe problemy. Problemy przez wielkie P. Egzystencjalne, jeśli w ogóle wiecie, co oznacza to słowo.
Właściciel księgarni, niemłody już człowiek, wątłej postury, którego ubranie podejrzanie przypominało zapachem preparat przeciw molom, czekał cierpliwie, aż skończę. Pewnie bał się, że jeśli do mnie podejdzie, to wypłoszy swojego jedynego klienta. Widać nie ma tu zbyt dużego ruchu.
Tak się jakoś niespodziewanie złożyło, że przeglądając wszystkie półki po kolei, natrafiłem na książkę, nad której zamówieniem w internetowej księgarni poważnie się ostatnio zastanawiałem. Była to pozycja na pół biograficzna, na pół naukowa, traktująca o Marii Skłodowskiej-Curie* i jej najsłynniejszych odkryciach. Największym zaskoczeniem jednak okazała się dla mnie cena. Książka kosztowała sporo mniej, niż ta znaleziona w Internecie. Postanowiłem nie marnować okazji i zabrałem ją z półki, ruszając do kasy.
– Całkiem poważna lektura. – Starszy człowiek, stojący za ladą, zdecydował się wreszcie do mnie odezwać. W samą porę, biorąc pod uwagę, że praktycznie już stałem z nim twarzą w twarz. – Kupujesz ją dla siebie?
O nie, ten też? Ludzie, dajcie mi wreszcie wszyscy święty spokój z tymi swoimi ocenami, co jest dla mnie dobre, a co nie! Sam chyba mam o tym najlepsze pojęcie, czyż nie?
– Nauka jest dla wszystkich – odparłem oschle.
Już wolałem, kiedy w ogóle się nie odzywał.
Mężczyzna najwidoczniej nie poczuł się urażony moim nieprzyjemnym tonem, bo uśmiechnął się delikatnie, słysząc te słowa.
– Mam rozumieć, że to z nią wiążesz swoją przyszłość?
Skinąłem lekko głową. Wiem, że kultura wymaga, aby odpowiedzieć choć jednym słowem, ale tak szczerze – co go to obchodziło? Inna sprawa, że faktycznie miał rację. Mam już jasno zakrojoną wizję swojej przyszłości i nie wyobrażam sobie jej gdzie indziej, jak tylko w laboratorium, nad mikroskopem, nad probówkami, ku chwale ludzkości!
Zdjąłem plecak z jednego ramienia, pozwalając mu zawisnąć na drugim i odpiąłem go, szukając portfela pod stosem podręczników. Po co ja je w ogóle noszę? Przecież cały materiał w nich zawarty znam już niemal na pamięć. Wyciągnąłem zgięty w pół banknot i podałem go sprzedawcy.
– Nie trzeba. – Tamten pokręcił powoli głową, przysuwając w moją stronę po wąskiej ladzie i banknot i książkę.
– Nie rozumiem? – mruknąłem.
– Potraktuj to jako prezent.
– Z okazji?... – pociągnąłem, nie wiedząc, czym zasłużyłem sobie na taki gest ze strony zupełnie przecież obcego człowieka.
– Z okazji tego, że jestem pełen nadziei, że nie zapomnisz o mnie w swojej przemowie, kiedy za paręnaście lat będziesz odbierał Nagrodę Nobla.
Popatrzyłem na staruszka, nie wiedząc, czy ostatnie stwierdzenie miało być żartem, czy też nie. Podziękowałem oczywiście i pożegnałem się, przedtem raz jeszcze próbując zapłacić za książkę. Pieniądze znów wróciły do mnie. Cóż, na siłę płacić nie będę.
Zacząłem czytać zaraz po powrocie do domu. Teraz jestem już w połowie lektury, może nawet trochę za. Jest bardzo ciekawa. Cieszę się, że ją kupiłem… dostałem, nieważne. Do jutra pewnie skończę. A potem moja głowa wróci do rozmyślania o dręczących ją problemach. Tych przez wielkie P.
__________
*Skłodowskiej-Curie (czytaj: Skłodowskiej-Kiri)
__________
*Skłodowskiej-Curie (czytaj: Skłodowskiej-Kiri)