17 czerwca 2016
Maja
Opierałam się o metalową barierkę przy przejściu dla pieszych i obserwowałam małą kwiaciarnię po drugiej stronie ulicy. Było już po lekcjach, a ja czekałam za mamą, która przy okazji odebrania mnie ze szkoły, skoczyła jeszcze po kilka rzeczy do marketu. Są tu u nas dwa markety, ale mama jakoś tak częściej robi zakupy w tym mniejszym, za kościołem. To właśnie obok niego są i barierki, i przejście dla pieszych, i kwiaciarnia, której właśnie przyglądałam się z taką ciekawością.
Okej, może nie tyle przyglądałam się kwiaciarni, co całkiem nieźle wyglądającemu nastolatkowi, kręcącemu się w jej pobliżu. Chłopak był dobrze zbudowany, poruszał się pewnie i z gracją, a długie do pół szyi, lekko kręcone włosy w kolorze ciemny blond dodawały mu jeszcze uroku. O ile on sam był niczego sobie, o tyle jego strój prezentował się wręcz tragicznie. Miał na sobie dziwną, skórzaną kamizelkę, spod której wystawała jasna koszula z luźnymi rękawami. Na nogach miał okropne, obcisłe coś, co śmiało mogło uchodzić za grube rajstopy i – o zgrozo! – wysokie kozaki, pomimo prawie trzydziestostopniowego upału. Jego talię opinał mocny pas, przy którym zwisał krótki miecz, trochę przypominający plastikową zabawkę. Pewnie tylko dzięki temu podobieństwu nikt jeszcze nie zadzwonił po policję. Kiedy jednak dłużej mu się przyglądałam, doszłam wreszcie do wniosku, że przecież plastik nie mógłby tak odbijać promieni słońca. Miecz musiał być zrobiony z prawdziwego metalu.
Chłopak chodził w tę i z powrotem, od jednego wazonu z kwiatami do drugiego, oglądając i przebierając w różach, jak prawdziwy znawca. Co jedną wziął, co dokładnie się jej przyjrzał, to odkładał z powrotem do wazonu, znajdując widocznie coś, co nie spełniało jego oczekiwań. Pewnie widok takiego ciacha w stroju pajaca nieźle by mnie zadziwił, gdybym zobaczyła go przedwczoraj. Ale dziś już nie. Ani odrobinę. Nie po tym, co zobaczyłam wczoraj w swoim własnym pokoju.
Było tak. Siedzę sobie, jak co rano i szczotkuję moje piękne, długie włosy. Aż tu nagle coś mnie za te piękne, długie włosy ciągnie, a w lustrze, zupełnie znikąd, pojawia się wielki, koński łeb! Nawet sobie nie wyobrażacie, jak wysoko podskoczyłam. Dobrze, że do tego jeszcze nie krzyknęłam, bo nie wiem, czy moja mama ma na tyle mocne nerwy, żeby przetrzymać widok najprawdziwszego jednorożca w pokoju własnej córki. Stoję więc, oniemiała ze strachu, a rogate stworzenie nic sobie ze mnie nie robi, tylko przeżuwa w swoim końskim pysku moją ulubioną szczotkę. A fe, brzydki jednorożec! No i sami powiedzcie, czy po czymś takim cokolwiek byłoby jeszcze w stanie was zadziwić?
Chłopak, z niezadowoloną miną, odłożył ostatnią czerwoną różę i przerzucił się na inny wazon, tym razem ten z białymi. Trochę mnie ciekawiło, dlaczego tak im się przygląda. Chciałam się tego dowiedzieć. A jeśli ja czegoś chcę, to zawsze to dostaję. Zresztą, to już wiecie. Rozejrzałam się na prawo i lewo, i przebiegłam po pasach na drugą stronę ulicy, zatrzymując się dopiero kilka metrów przed kwiaciarnią.
– Ej, co robisz? – zapytałam głośno. Tak głośno, żeby na pewno zwrócić jego uwagę.
Chłopak odwrócił się gwałtownie, jakby faktycznie dopiero teraz zauważył moją obecność.
– Szukam idealnej róży dla mojej pięknej Julii, o zacna białogłowo – powiedział, obdarzając mnie lekkim ukłonem, po czym wrócił do mieszania w kwiatach. – Pragnę złożyć jej wizytę dziś, o zachodzie słońca.
– Biało… głowo? – mruknęłam, a moja dłoń automatycznie powędrowała na czubek głowy. Może faktycznie było z nią coś nie w porządku?
Upewniwszy się, że wszystko mam jednak na swoim miejscu, podeszłam bliżej i z zaciekawieniem zajrzałam chłopakowi przez ramię.
– Jakiej Julii?
– Mojej pięknej i cudownej, jedynej pani mojego serca. Jest tak nieskazitelnie doskonała, że nawet uroda najpiękniejszych kwiatów blednie wobec blasku jej oblicza.
– Eee… o czym ty gadasz? – Popatrzyłam na tego dziwaka, krzywiąc się wymownie.
On jednak kompletnie się tym nie przejął. Wybrał w końcu którąś z róż i pewnie odszedłby z nią natychmiast, gdybym w porę nie złapała go za ramię.
– No stój, no! Trzeba zapłacić! – to mówiąc, wskazałam kciukiem na kwiaciarkę, która już od dłuższego czasu przyglądała się nam podejrzliwie zza sklepowej szyby.
Chłopak tylko popatrzył na mnie tępym wzrokiem, nie odzywając się ani słowem. Westchnęłam ciężko, kręcąc głową i wbiegłam na chwilę do kwiaciarni, rzucając sprzedającej w niej pani wygniecioną dychę prosto na ladę, po czym wyprysnęłam na zewnątrz, nie mówiąc nawet do widzenia. Chłopak olał moją wspaniałomyślność w stu procentach. Mogłam najwyżej obejrzeć sobie jego plecy, kiedy oddalał się szybkim krokiem, idąc Bóg wie gdzie. Westchnęłam raz jeszcze, marszcząc brwi ze złości. Sami idioci na tym świecie! Idioci i jednorożce.