17 czerwca 2016
Antek
 
Dziś piątek, a mnie po lekcjach wcale nie spieszyło się do domu. No dobra, może byłem trochę głodny, ale zupa ziemniaczana nie brzmiała dzisiaj aż tak zachęcająco, żeby wracać od razu po szkole. Nie powiem, nawet ją lubię. Jest tania, pożywna i ciepła. Krótko mówiąc – idealny obiad dla rodziny takiej, jak nasza. Pewnie dlatego jemy ją przynajmniej dwa razy w każdym tygodniu.
Dziś jednak, zamiast prosto na obiad, postanowiłem pójść zupełnie gdzie indziej. Zostałem w Gołańczy i wybrałem się na zamek. Musicie bowiem wiedzieć, że tak w sumie to nie mieszkam w mieście, tylko pod miastem, a nawet już na wsi. Wioska nazywa się Oleszno, a mój dom leży dokładnie przy granicy z Gołańczą, obok małego i trochę zaniedbanego lasku, zwanego przez tutejszych Borkiem Oleskim. Ze szkoły zazwyczaj wracam pieszo, bo kończę lekcje tak, że szkolny autobus prawie nigdy mi nie pasuje. Chyba, że po drodze natrafię na kogoś znajomego, kto postanowi mnie podwieźć. A nawet jeśli nie, to też nie ma tragedii. W końcu to tylko cztery kilometry.
Wracając do tematu. Poszedłem pod zamek, jedno z moich ulubionych miejsc w okolicy. I ulubionych w ogóle, bo jeśli mam być szczery, to poza Olesznem, Gołańczą i jeszcze kilkoma pobliskimi miejscowościami, niewiele miałem okazję w życiu zobaczyć. O wyprawach do tych wszystkich wspaniałych miejsc, o których pan nauczyciel tak barwnie opowiada nam na lekcjach historii, mogłem sobie tylko pomarzyć. Nie stać mnie na tak dalekie wycieczki. Na szczęście, mam pod nosem swój własny kawałek historii. Zamek gołaniecki właśnie.
Duża budowla z czerwonej cegły, która ma już pewnie koło siedmiuset lat, góruje nad Gołańczą znad brzegu niewielkiego jeziora Smolary. No dobra, może nie góruje tak dosłownie, są u nas jeszcze wyższe budynki. Ale ten, z całą pewnością, jest najbardziej charakterystyczny. Prostokątna wieża, otoczona do połowy już zniszczonym murem, w której progach wita rozpadająca się powoli brama, to idealne paliwo dla wyobraźni. Zwłaszcza tak wybujałej, jak moja. Dlatego tak często wybieram się tutaj i zasiadam na trawie, z książką w ręku. Fantastyka na papierze i żywa historia przed oczami – nie znam lepszego połączenia. Przecież grube mury gołanieckiego zamku mogłyby odpierać chmary zatrutych strzał goblinów równie skutecznie, co mury twierdzy orków, opisanej w mojej książce. Na tym dziedzińcu, który teraz porasta gęsta trawa, też mógłby rozlegać się szczęk uderzających o siebie toporów, a z wznoszącej się w narożu murów baszty, orkowi obrońcy mogliby mierzyć do najeźdźców ze swych topornych kusz. I mierzyli, kiedyś, dawno temu. I szczęk oręża i okrzyki dowódców, i ostatnie jęki pokonanych, wszystko to nie jest murom naszego zamku obce. Może nie orki i nie gobliny, ale zwykli ludzie, żyjący wieki temu, toczyli o ten zamek zażarte bitwy. Bitwy równie epickie, jak te opisane w książce, z którą przyszedłem tu dzisiaj.
Kojarzycie Potop Szwedzki? Nie, nie chodzi o taki prawdziwy potop. Nie, żeby jakaś wielka fala wyrosła nagle na morzu i popchnęła wody Bałtyku od wybrzeża Szwecji aż do nas. To trochę inny potop. Pewnie uczyliście się już o tym na historii, albo dopiero będziecie się uczyć. Po prostu Szwedzi uparli się kiedyś, że zdobędą całą Polskę. Albo raczej Rzeczpospolitą, bo tak nazywano nas wtedy w wielkim świecie. A że było ich aż tylu, że dosłownie zalewali nasz kraj, to historycy nazwali to później Potopem. To coś jak chińskie podkoszulki, zalewające polski rynek. Ale chińskie podkoszulki są przynajmniej tanie i wygodne. A Szwedzi na pewno wygodni dla nas nie byli. Byli za to uparci i konsekwentni, dlatego szli z północy na południe, podbijając po drodze miasto za miastem, twierdzę za twierdzą. Aż wreszcie na ich drodze stanęła Gołańcz.
Chciałbym móc powiedzieć, że tutaj wędrówka Szwedów się zakończyła, że gołanieccy bohaterowie odparli najazd i powstrzymali marsz wroga, ale… cóż, biorąc pod uwagę, że naszych było tylko gdzieś około czterystu, a Szwedzi przytargali ze sobą aż cztery armaty i zrobili niezły pokaz fajerwerków, chyba sami się już domyślacie, jak się to wszystko skończyło.
Chociaż zakończona porażką Polaków, ale bitwa była. I to taka, z której wyrosła potem nasza własna, gołaniecka legenda. Podobno w zamku mieszkał wtedy kasztelan, czyli taki jakby dawniejszy burmistrz. No i ten kasztelan miał córkę, która podobno miała na imię Hanka i podobno była bardzo piękna. Wiem, wiem, za dużo tego „podobno”. Ale co ja wam poradzę, skoro takie właśnie są legendy? Ktoś podobno słyszał, że ktoś inny podobno powiedział, że tam gdzieś podobno coś się stało. Zarzućcie taką informacją i bach! Legenda wyrośnie z niej jak na drożdżach. Chociaż, tak naprawdę, nikt dokładnie nie wie co, gdzie, kiedy i przez kogo. Wróćmy jednak do Hanki. Kiedy przybyli Szwedzi, ich dowódca zobaczył piękną dziewczynę i, jak to w legendach bywa, z miejsca się w niej zakochał. Kasztelanka, jak przystało na bohaterkę legendy, wolała wybrać śmierć, niż wyjść za mąż za wroga, dlatego czym prędzej rzuciła się w wody jeziora Smolary i tam utonęła. Ciekawa historia, nie powiem. Ale, jak na mój gust, zbyt mało w niej magii, smoków i innych potworów.
Westchnąłem, otwierając „Wojny Goblinów” na jednym z rozdziałów. Skończyłem czytać książkę już wczoraj, a dzisiaj zamierzałem zacząć ją po raz kolejny. Siedziałem, oparty plecami o murowaną, zamkową bramę i zamroczonym marzeniami wzrokiem spoglądałem to na zadrukowaną drobnymi literami kartkę, to na wznoszącą się tuż przede mną fortecę. Czy nie byłoby o wiele ciekawiej, gdyby pod te, niegdyś potężne mury, faktycznie podeszła armia goblinów? Gdyby kilkutysięczny zastęp tych brunatnoskórych, przygarbionych stworów wymierzył kamienne groty swych włóczni w zamkową wieżę, a znany w całej krainie wódz orków, Rook zwany Nawgash, czyli Nieugiętym, sam jeden wyszedł im na spotkanie?
Podniosłem wzrok znad książki, dając się ponieść fantazji tak dalece, że wysoka, krępa postać orkowego dowódcy, którą wyobrażałem sobie wyskakującą z najniżej położonego okna zamku, wyglądała aż nazbyt realistycznie. Przez chwilę zdawało mi się nawet, że poczułem drżenie ziemi, kiedy ork na niej wylądował i usłyszałem cichy warkot dochodzący z jego gardła.
Potrząsnąłem szybko głową, nieco przestraszony realnością swoich wyobrażeń. Postać nie zniknęła jednak, jak się tego spodziewałem. Tym razem, już nie przestraszony, a kompletnie przerażony, poderwałem się na równe nogi, upuszczając przy tym książkę, która upadła na trawę, grzbietem do góry. Masywna postać orka stała już nade mną, patrząc na mnie z góry, wzrokiem głodnego niedźwiedzia.
Znieruchomiałem, niezdolny nawet zamrugać oczami. Stwór spojrzał w dół i pochylił się ciężko, biorąc książkę do silnej łapy, której szarozielona skóra naznaczona była dziesiątkami blizn i cięć, zapewne pamiątek po dawnych pojedynkach. Spojrzał na okładkę, a potem na mnie, wskazując grubym paluchem na ilustrację pod tytułem.
– Ty, człowiek, powiedzieć mi jak dojść na Smoczy Jar – za-warczał zza długich, pożółkłych kłów, które nieco wystawały mu z paszczy.
Jedyną odpowiedzią, jaką zdołałem z siebie wykrzesać, było nerwowe potrząśnięcie głową na prawo i lewo. Niezadowolony stwór warknął raz jeszcze, tym razem nieco głośniej i odruchowo przejechał łapą po uchwycie ciężkiego topora, który wisiał u jego pasa. To raczej nie mógł być przyjazny gest.
– Ten zamek, czyja? – zapytał niskim, ochrypłym głosem, spoglądając na mnie po raz kolejny.
– Nasz, gołaniecki. To znaczy… – tyle tylko zdołałem wydukać, zanim przerwał mi głęboki, pełen podziwu pomruk zielonoskórej bestii.
– Twoja? Ty być tutaj sam, w pusta zamek, bez miecza i nikt nie atakować? Ty musieć być moja ghraa!
– Twoje… co? – zapytałem ostrożnie, ledwie zmuszając się, by spojrzeć stworowi w oczy, a i to tylko na jedną sekundę, żywiąc cichą nadzieję, że to całe ghraa nie ma nic wspólnego z jego przyszłym obiadem.
– Wielka wodza, która nie musieć nosić miecza, bo wrogowie i tak bać się zaatakować. Rook zawsze chcieć walczyć dla swoja ghraa. Rook być teraz twój wojownik.
– Że jak? – Wybałuszyłem oczy, kiedy stwór pochylił się przede mną z szacunkiem. – Nie, czekaj. Chcesz mi powiedzieć, że ty jesteś orkiem, takim prawdziwym?
Zebrałem w sobie resztki odwagi i wyciągnąłem przed siebie dłoń, jednym palcem dotykając ramienia tego kogoś, a może raczej czegoś, co stało przede mną. Jego skóra była zimna i sucha. Gruba i spękana, jak kora starego drzewa. Ale, przede wszystkim, tak bardzo prawdziwa. Straciłem resztki nadziei, że to wszystko jest tylko głupim żartem mojej nadpobudliwej wyobraźni, a po plecach przebiegł mi zimny dreszcz.
– Ja być Rook Nawgash, dowodzić orkami przeciw podłe gobliny. A tobie jak?
– Ja… ja jestem Antek, jeśli o to pytasz.
– An’tek – powtórzył za mną Rook z akcentem tak dziwnym, że mało co, a nie poznałbym własnego imienia. – Ghraa An’tek, ja służyć ci wiernie, nie odstąpić na krok i bronić od każda wroga – obiecał zdecydowanym, twardym głosem.
Nie odstąpić na krok? No to pięknie. Mama nie zgodziła się na chomika, o psie nie chciała nawet rozmawiać. Na pewno nie będzie miała nic przeciwko dwumetrowemu orkowi – pomyślałem, wzdychając ciężko.