17 czerwca 2016
Julka
 
Lubię ciszę i spokój tego miejsca. W Poznaniu piątkowe wieczory były okropnie głośne. A tutaj? Od czasu do czasu ktoś przejdzie pod moim oknem, co kilka minut ulicą przejedzie jakieś auto. W poprzednim mieszkaniu mogłam liczyć najwyżej na to, że co kilka minut auta na chwilę przestaną przejeżdżać. I to tylko dlatego, że zatrzymywała je sygnalizacja na pobliskim skrzyżowaniu. Pod tym względem Gołańcz jest o wiele przyjemniejsza.
Wieczorami większość czasu spędzam na balkonie, stojąc i patrząc, tak po prostu. A to w lewo – na rynek, a to w prawo – na kościół, a to przed siebie – na nic konkretnego. No bo co innego mam tutaj robić? Znajomych jeszcze nie mam i wątpię, żeby szybko się to zmieniło. W telewizji same nudy. Uczyć się już nie trzeba, w końcu wakacje za pasem. Nawet z mamą nie mogę porozmawiać. Od czasu do czasu próbuję, ale przez ten paskudny rozwód tak się zmieniła, że albo chodzi cała w nerwach, albo chce mnie pocieszać na siłę. Dlatego wolę postać sobie tutaj i może nawet troszkę się ponudzić, ale przynajmniej w spokoju przeczekać tę godzinkę czy dwie, między kolacją, a pójściem do łóżka.
Wczoraj nie musiałam przeczekiwać. Miałam zajęcie na wieczór. Rozsiadłam się wygodnie i przeczytałam książkę, którą sprezentował mi pan Ewaryst. Całą, od deski do deski. Może „Romeo i Julia” nie jest jakaś szczególnie gruba, ale jak na mnie, to i tak niezły wyczyn. Skupić się na tak długo z takim bałaganem w głowie? No, no, Jula, aż jestem z ciebie dumna – pogratulowałam w myślach samej sobie. Za to dzisiaj już nie miałam na czym się skupić. Codziennie obiecuję sobie, że znajdę jakieś hobby, coś zajmującego, co pozwoliłoby mi uspokoić myśli. I codziennie łapię się na tym, że przekładam to zadanie na jutro. A jutro? Jutro sobota. Nie ma szkoły. Będę miała mnóstwo czasu, żeby się tym zająć. Albo pomyśleć nad wymówką na kolejny dzień. Nie, żebym w siebie nie wierzyła, ale obstawiam raczej to drugie.
Odetchnęłam ciężko, czując, jak przyjemne, nagrzane powietrze nadchodzącego lata wypełnia mnie od środka. Tutaj naprawdę jest bardzo miło. Gdybym tylko mogła cieszyć się każdym dniem, jak dawniej...
Znów ktoś przechodził chodnikiem. Tym razem jakiś chłopak. Nie znałam go. Nic nowego, przecież mało kogo tutaj znam. Może i był trochę dziwnie ubrany, ale jego rzeczy, jego sprawa. Nie mnie oceniać, co się komu powinno podobać. Dlatego też, nawet pomimo tych komicznych, grubych rajstop i kozaków, które miał na nogach, nie zatrzymałabym na nim swojej uwagi dłużej niż na kilka sekund. Sprawy przybrały jednak niespodziewany obrót, bo to właśnie ów chłopak zatrzymał swoją uwagę na mnie.
– Julio! O, Julio! – zawołał głosem tak dziwnym, jakby jednocześnie chciał mówić szeptem i wydrzeć się na całe gardło. Wyszło coś pomiędzy, niewyraźne i stłumione, ale mimo to bez trudu wyłapałam dźwięk swojego imienia.
Zaraz, on zna moje imię? Byłam pewna na więcej niż tysiąc procent, że nigdy wcześniej nie widziałam tego chłopaka. Skąd więc on miałby znać mnie? Pewnie gdzieś ze szkoły. Ale przecież chodzę tam dopiero od czterech dni! Ten to musi być spostrzegawczy.
– Kim jesteś? – zapytałam, bez szczególnej sympatii w głosie, wychylając się lekko przez barierkę balkonu.
Chłopak odrzucił z twarzy przydługawą grzywkę i teatralnym gestem przycisnął obie pięści do klatki piersiowej, robiąc duży krok w przód.
– Och, przemówiła! – zawołał, nie wiadomo dlaczego, ogromnie ucieszony. – Choć słońce zachodzi, ty wschodzisz ze swym blaskiem! Moja najdroższa Julio!
Tu przerwał na chwilę i okręcił się z gracją, płynnym ruchem wyciągając zza pasa białą różę, która musiała być tam utknięta już od jakiegoś czasu, bo wyglądała na nieźle zmaltretowaną.
– Chciałem ofiarować ci kwiat, ale dopiero teraz widzę, jak nędzne i niegodne jest jego piękno wobec twej urody.
Chłopak, zamaszystym ruchem, cisnął różę za siebie, prosto pod koła samochodu, przejeżdżającego właśnie ulicą. Niezadowolony tym faktem kierowca zdążył jedynie zatrąbić, zanim zniknął mi z oczu, skręcając gdzieś za budynek kościoła. Dźwięk jego klaksonu pomógł mi wrócić do rzeczywistości. Potrząsnęłam głową i ściągnęłam gniewnie brwi. Ten chłopak, co on sobie wyobraża? Co to w ogóle za jeden? Przychodzi pod mój balkon i odstawia jakieś cyrki? O nie, dosyć tego!
– Nie znam cię, idź sobie! – warknęłam ostro.
– Ależ Julio, piękna ma. Nie rań mnie tak okrutnym słowem. Przecież to ja jestem, twój Romeo!
Romeo? No bardzo śmieszne, naprawdę. Słysząc to imię, wreszcie skojarzyłam fakty. Czego jak czego, ale takiego numeru po panu Ewaryście bym się nie spodziewała. Wyglądał na tak spokojnego i miłego człowieka. Jak mógł zrobić coś takiego?
– Pan Ewaryst cię przysłał? Ten z księgarni?
Zmarszczyłam brwi jeszcze mocniej i spojrzałam na chłopaka oskarżycielsko. Kto inny mógł to zrobić? Tylko ja i ten staruszek wiedzieliśmy, jaką książkę od niego dostałam. Ale żeby taki dowcip? No naprawdę, niektórych to się żarty trzymają, nawet po sześćdziesiątce. Chyba jestem trochę zbyt łatwowierna.
– Kto taki? – Chłopak zdziwił się szczerze moim pytaniem. Tak szczerze, że sama od razu zwątpiłam w słuszność swoich oskarżeń. – Nie, nie, najdroższa. Jedynym, co mnie tu przywiodło, było głębokie, czyste uczucie. Szedłem za twoim blaskiem, jak za światłem jutrzenki. Podążałem za głosem, niczym…
– Dobra. Dobra, daruj sobie. – Bez ceregieli weszłam mu w zdanie. – Czyj to był pomysł? Kogoś ze szkoły, tak? Pewnie podpatrzyliście moją książkę w plecaku i teraz się zgrywacie. Super dowcip, naprawdę – burknęłam chłodno.
Normalnie nie byłam taka opryskliwa, ale ostatnie dni były dla mnie bardzo trudne. Chyba nerwy zaczynają mi puszczać.
Chłopak popatrzył na mnie z dołu, wzrokiem zbitego psa. I to takiego, który naprawdę nie rozumie, za co oberwał. Nawet trochę zrobiło mi się go żal. Może to wcale nie był jego pomysł? Może koledzy go do tego zmusili, a teraz siedzą gdzieś schowani i podśmiewają się z nas obojga?
– Po prostu już idź, okej? – poprosiłam, znacznie łagodniej.
Sama też odwróciłam się i wróciłam do pokoju. Zanim zamknęłam za sobą balkonowe drzwi, raz jeszcze usłyszałam głos tamtego chłopaka:
– Jeśli taka twoja wola, odejdę. Ale wrócę niebawem.
Zasłoniłam okno i rzuciłam się na łóżko z głośnym stęknięciem. Dlaczego to musi być takie trudne, bycie nowym w zupełnie obcym miejscu?
Chwilę słabości i użalania się nad sobą przerwał mi znajomy, cichy dźwięk. Był to sygnał powiadomienia, dochodzący z mojego telefonu. Ktoś napisał do mnie na Facebooku? A to ci nowina. Tak rzadko ktoś do mnie pisze. Zaciekawiona, wyciągnęłam się jak długa w poprzek łóżka, próbując dosięgnąć leżącej na biurku komórki. Chwyciłam ją i szybko spojrzałam na ekran. Faktycznie, była nowa wiadomość. Od jakiejś Mai. Nie mam pojęcia kto to.
„Dostałaś już kwiatka? Chętnie pogadam o twoim dzisiejszym gościu. Widzimy się jutro o 14, na parkingu naprzeciwko cmentarza.”
Przeczytałam wiadomość jeszcze chyba ze cztery razy. Jaka Maja? Jaki cmentarz? Co tu się w ogóle wyprawia? Jedno jest pewne – ta dziewczyna coś wie. Pójdę tam jutro, może i ja dowiem się czegoś konkretnego. No i przynajmniej w końcu będę miała jakieś zajęcie. Obym tylko potem nie żałowała tej decyzji…