18 czerwca 2016
Bartek
 
– Wstawaj, idziemy pograć!
Czyjś głos wybudził mnie z głębokiego snu. Głos nie do końca znajomy, ale i nie zupełnie obcy. Gdzieś świtało, po prostu nie byłem jeszcze w stanie przypisać go do konkretnej osoby.
Nie otworzyłem oczu od razu. Zamiast tego, leniwie przekręciłem się na łóżku, osłaniając twarz przed promieniami słońca, które nawet przez zamknięte powieki raziły już na tyle mocno, żeby wywołać u mnie grymas niezadowolenia. Gdzieś nad sufitem rozlegało się stłumione wycie odkurzacza. Takie uroki życia w bloku. Jak nic sąsiedzi sprzątają mieszkanie. Sobota, dziewiąta rano. Standard.
Wczoraj, pierwszy raz od kiedy pamiętam, jeśli nie pierwszy raz w ogóle, zasnąłem z książką w ręku. Zmęczenie wzięło nade mną górę dokładnie w momencie, kiedy skończyłem czytać ostatnią stronę. Fajna była, nie powiem. To całkiem miłe uczucie, poczytać o piłce, tak dla odmiany. Zwłaszcza, że przez cały dzień, strony praktycznej mam aż nadto. Dzisiaj też mnie to czeka. Indywidualny trening z panem Dominikiem. Na szczęście dopiero o wpół do dwunastej. Teraz mogę jeszcze trochę pospać.
– No dalej, pora pokopać piłkę!
Chyba jednak nie mogę...
Nadal nie wiedziałem, kto właściwie marudził mi prosto do ucha, ale tym razem, na samym marudzeniu się nie skończyło. Czyjaś silna dłoń złapała mnie za ramię i potrząsnęła nim solidnie. Auć. Nie było wyjścia, musiałem wreszcie otworzyć oczy. Zrobiłem to, choć niechętnie, i natychmiast byłem pewien, że ciągle jeszcze śpię. Tuż nade mną wisiała bowiem para jasnych oczu i kwadratowa twarz Roberta Lewandowskiego. Piłkarz uśmiechnął się, jak wtedy, kiedy widywałem go w reklamach telewizyjnych i odruchowo poprawił klubową koszulkę, w którą był ubrany.
– Jasne – wymamrotałem niewyraźnie.
Głupie sny. Jeśli już miał mi się przyśnić Lewandowski, to dlaczego nie na boisku, dlaczego nie podczas jakiegoś wielkiego meczu o wszystko? Dlaczego, z miliona rzeczy, jakie mógłby w tym śnie robić, musi mnie akurat budzić?
Przekręciłem się raz jeszcze, z zamiarem ponownego owinięcia się w kołdrę. Robert był jednak szybszy. Szarpnął moją kołdrą, zwalając ją na podłogę, a kiedy usiadłem na łóżku, patrząc na niego nieprzytomnie, poklepał mnie lekko po prawym policzku.
– Nie śpimy, mistrzu – zamruczał, wyraźnie rozbawiony moim nieogarnięciem.
Zaraz, coś mi tu mocno nie grało. Szarpie mnie, klepie po twarzy, a ja to wszystko czuję? Ożeż ty, to mi się wcale nie śni!
Jak raz, chciałem wydrzeć się przerażony. Lewy znów mnie wyprzedził. Jego dłoń w ułamku sekundy zasłoniła mi usta, tak szczelnie, że zdołałem wydobyć z siebie jedynie parę stłumionych pomruków.
– Tylko nie krzycz, okej? – poprosił cicho, robiąc niewinną minę.
Pewnie cała sytuacja wydałaby mi się nawet trochę zabawna, gdyby w mojej głowie nie szamotała się bez przerwy tylko jedna myśl: skąd, u licha, Lewandowski w moim pokoju!? W sobotę, o dziewiątej rano? W ogóle?
– Puszczę cię teraz, ale nie krzycz – uprzedził raz jeszcze.
Mruknąłem coś w odpowiedzi, ale nawet sam siebie nie zrozumiałem. Robert powoli odsunął dłoń, a ja, jak oparzony, odskoczyłem na drugi koniec łóżka, aż pod samą ścianę.
– Miałeś nie krzyczeć – przypomniał mi, widząc, że nabieram duży haust powietrza i wytrzeszczam oczy tak bardzo, że lada chwila mogą wyskoczyć mi z orbit.
– Skąd?... Jak?... Po co?... – wydukałem nieskładnie. – Co ty tu robisz!?
Lewy podszedł do sprawy na spokojnie. W końcu, co miał się denerwować? To on pojawia się znikąd w moim pokoju, zupełnie bez ostrzeżenia i w dodatku zachowuje tak, jakby nie było w tym nic dziwnego.
– Potrzebowałeś mnie widocznie. No, to jestem – wyjaśnił krótko.
Ta, jakby to faktycznie wyjaśniało cokolwiek. Przez chwilę patrzyłem na niego w bezruchu, z rozdziawioną gębą, wyglądając zapewne jak totalny głupek. Nigdy, przenigdy w całym moim piętnastoletnim życiu, nie przydarzyło mi się coś aż tak dziwnego. Zaraz jednak, kiedy pierwszy szok zaczął powoli przechodzić, druga myśl nieśmiało zapukała do mojej mózgownicy. Myśl o niebo weselsza i pełna entuzjazmu. Robert Lewandowski jest u mnie w domu. U mnie, u szarego, zwykłego chłopaka, z jakiejś tam mało znanej mieściny. I w dodatku proponuje mi grę w piłkę. Mam okazję zagrać z mistrzem! Nawet jeśli, mimo wszystko, to tylko głupi sen, nie zamierzam jej marnować!
– Wreszcie dotarło. – Robert uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Widać zauważył jakąś zmianę w mojej twarzy, bo w mig załapał, że zaczynam czaić co się wokół mnie dzieje. Sięgnął ręką za siebie i rzucił mi mój klubowy strój z napisem „Zamek Gołańcz” na przodzie, który walał się gdzieś między łóżkiem a szafą, od kiedy wróciłem z wczorajszego treningu.
– Ubieraj się. Raz, raz. Za dziesięć minut chcę cię widzieć na dole.