18 czerwca 2016
Oskar
Dzisiejszy dzień był strasznie nielogiczny. Zdecydowanie wolę rzeczy jasne i przejrzyste, dziejące się zgodnie z teorią, w sposób, który łatwo przewidzieć i wyjaśnić. Widać już mam w sobie coś z naukowca. Dobry początek dla przyszłej kariery. Kariery, do której przecież dążę. Niestety, mieszkanie w małym mieście niesie za sobą równie małe perspektywy na przyszłość. Choć, nie powiem, ma też swoje dobre strony. Na przykład widok za oknem. Za moim, dajmy na to, widzę zamek. Stary, zabytkowy, stojący za często zamglonym jeziorkiem, malowniczy, niczym obrazek na pocztówce. Nie jestem jednak typem człowieka, który godzinami mógłby podziwiać piękne widoki. Strata czasu. Zwłaszcza w sobotni poranek. Spacery też nie należą do moich ulubionych zajęć, jednak tym razem po prostu musiałem trochę ochłonąć, dotlenić mózg, usprawnić myślenie. Dlaczego? Ano dlatego, że spotkało mnie coś, czego nijak nie potrafię wytłumaczyć.
Zanim wyszedłem z domu, siedziałem w swoim pokoju, wertując jedno z pokaźnej kolekcji czasopism popularnonaukowych, którą gromadziłem już od dawna. Bazgrałem niedbale po brzegu strony, notując co ciekawsze rzeczy. Zawsze tak robię, zapisywanie własnych notatek wspomaga myślenie – to udowodnione naukowo! Rodziców jak zwykle nie było w domu. Oboje w pracy. Niby nie ma się czemu dziwić, wiele firm, ku niezadowoleniu pracowników, pracuje w soboty. Ku niezadowoleniu? Ha, dobre sobie! Moi rodzice są bardziej niż zadowoleni z tego powodu i najchętniej siedzieliby w pracy nawet w niedzielę. Byleby tylko nie myśleć, byleby tylko zapomnieć…
Mniejsza o to. W każdym razie, byłem sam. Nic takiego, to nie pierwszy raz. Nie jestem już małym dzieckiem, nie widzę w tym żadnego problemu. Problem pojawił się jednak z innego, niespodziewanego powodu. Nagle, ni stąd ni zowąd, usłyszałem cichy, ale podejrzany szelest, dochodzący z wnętrza mojej szafy. Mysz – pomyślałem od razu. Typowe, mózg zawsze łapie się najpierw najbardziej logicznego wyjaśnienia. W końcu było to dość prawdopodobne. Nie mamy kota, a nasz dom jest otoczony polami. Były duże szanse, że jakiś zbłąkany gryzoń zapuścił się przypadkowo aż tutaj.
Odczekałem chwilę. Szelest nie ustawał. Próbowałem się skupić na swoim czasopiśmie, ale denerwujący dźwięk nie pozwalał mi na to. Postanowiłem od razu rozprawić się z nieproszonym gościem. Nie, nie zamierzałem polować na tę mysz. Z moim refleksem i tak miałbym marne szanse. Chciałem ją tylko wypłoszyć. Podszedłem do szafy, najciszej jak tylko potrafiłem, i zamaszystym ruchem otworzyłem jej drzwi.
Nie chciałem krzyczeć, ale krzyk sam wyrwał się z moich płuc, kiedy wylądowałem na podłodze, obijając sobie kość ogonową o twarde panele. Potem mogłem już tylko siedzieć w bezruchu, z głupkowatą miną, zupełnie zapominając o poobijanych pośladkach. Siedzieć i patrzeć w górę. Na nią.
Stała nade mną, poprawiając długą, szarą suknię, która najwidoczniej nie chciała ułożyć się tak, jak powinna. Patrzyłem na nią w osłupieniu, nie do końca zdając sobie sprawę, że dopiero co wyszła z szafy. Mojej szafy!
Wyglądała identycznie jak na zdjęciu z książki, którą skończyłem czytać wczoraj po południu. Kobieta, grubo po pięćdziesiątce, o drobnej twarzy i wąskich, na wpół uśmiechniętych ustach. Posiwiałe włosy, bardziej szare, niż białe, miała nienagannie upięte z tyłu głowy. Ogólnie cała była dumna i nienaganna. Może z wyjątkiem tej niesfornej sukni.
Ostrożnym krokiem posunęła się naprzód, raz jeszcze spoglądając za siebie, na wnętrze mojej szafy, które samym swoim wyglądem stanowiło idealną ilustrację teorii chaosu.
– Fi donc!* – powiedziała, jakby do siebie, zupełnie nie zaprzątając sobie głowy moim rozwrzeszczanym, przerażonym ja. – Jak można zgromadzić tak wielki bałagan na tak ograniczonej powierzchni? No już, przestań panikować i wstawaj prędko z tej podłogi, kawalerze – dodała, zwracając wreszcie swoją uwagę i na mnie.
– Pani… pani profesor? – wychrypiałem przez zaciśnięte gardło.
Posłuchałem jej rady i podniosłem się czym prędzej. Potem już tylko stałem jak ten kołek. No bo co miałem robić? Obca, jak by nie było, kobieta wychodzi sobie, tak po prostu, z mojej szafy, podczas gdy jestem w domu całkiem sam i do tego wszystkiego narzeka na panujący w środku bałagan. No, przepraszam najmocniej, gdybym wiedział, że moją zwyczajną szafę nawiedzać będą tak wielkie osobistości, sprzątałbym w niej codziennie.
– To naprawdę pani?
– Maria Skłodowska-Curie – odparła bez chwili zawahania, skłaniając lekko głowę. – We własnej osobie, młody człowieku. Będziesz łaskaw powiedzieć mi, jaki dziś mamy dzień?
– Sobota – odpowiedziałem mechanicznie.
– A nieco dokładniej?
– Dokładniej… osiemnasty czerwca, proszę pani – powiedziałem, nieświadomie spoglądając na wiszący na ścianie kalendarz.
Kobieta od razu powędrowała za moim wzrokiem swoim własnym, a jej twarz w jednej chwili zmieniła wyraz.
– Rok dwa tysiące szesnasty? Niesamowite – westchnęła z nutką najszczerszego zachwytu w głosie. – Minęło ponad osiemdziesiąt lat…
– Minęło od czego? – zapytałem, nie dając rady opanować ciekawości.
– Od moich czasów, rzecz jasna – odparła oczywistym tonem.
– Proszę mi wybaczyć, ale czy jest pani pewna, że jest pani tą Marią Skłodowską-Curie? – zadałem kolejne pytanie, wyraźnie akcentując kilka ostatnich słów.
– Oczywiście. Cóż to za niedorzeczne pytanie?
– No więc… – zacząłem ostrożnie. Odchrząknąłem, sięgając na półkę po opasłą encyklopedię i szybko przewertowałem ją aż do odpowiedniej strony. – Nie chciałbym pani urazić, ale profesor Skłodowska-Curie zmarła w tysiąc dziewięćset trzydziestym czwartym roku. Proszę spojrzeć. – To mówiąc, podsunąłem grubą książkę niemal pod sam nos mojego, jakże niespodziewanego, gościa.
– Ma się rozumieć, młody człowieku – odpowiedziała spokojnie kobieta. – Umieranie to dość istotny szczegół. Zapewniam cię, że trudno go przeoczyć. Szczególnie z punktu widzenia osoby umierającej.
– W takim razie nie może pani być… To niemożliwe…
Kobieta przerwała mi, unosząc powoli palec i uśmiechając się lekko.
– A! Chwila, chwila, kawalerze. Mówić, że coś jest niemożliwe, kiedy widzi się to na własne oczy, to mało naukowe podejście, sam przyznaj. Powinieneś raczej zastanowić się, co jest tego przyczyną. Ochłoń trochę, pomyśl na spokojnie. Ja, tymczasem, nadrobię zaległości z ostatnich dziesięcioleci – powiedziała, biorąc z moich rąk encyklopedię. – Niesamowite. Świat zmienia się tak szybko – mruknęła pod nosem, przeglądając ją pobieżnie.
Co było robić? Zostawiłem panią profesor sam na sam z encyklopedią i wyszedłem z domu. Może i nie była to najrozsądniejsza rzecz, jaką w życiu zrobiłem – w końcu zostawiłem obcą kobietę w pustym mieszkaniu. Ale, hej, mam dopiero dwanaście lat! To doskonały powód, żeby robić nierozsądne rzeczy. Zwłaszcza w takiej sytuacji. Zresztą, mój mózg wręcz błagał o tlen. Za dużo nowych informacji do poukładania. A z mózgiem się przecież nie dyskutuje. Wyszedłem więc na pierwszy od bardzo dawna, poranny spacer.
__________
*Fi donc! (czytaj: fi donk!) – z języka francuskiego: A fe! Ale wstyd!
__________
*Fi donc! (czytaj: fi donk!) – z języka francuskiego: A fe! Ale wstyd!