18 czerwca 2016
Bartek
 
– Super! Tak trzymaj!
Uśmiechnąłem się szeroko, kiedy po raz kolejny udało mi się wpuścić piłkę w sam środek światła bramki. Pustej, co prawda, ale piłkę do strzału wystawiał mi sam Robert Lewandowski, więc serio, nie miałem powodów do narzekań.
Lewy cieszył się jak dziecko za każdym razem, kiedy kończyłem akcję golem. O tej porze boisko było jeszcze puste. Tylko my dwaj i piłka, która bez przerwy przelatywała z jednej strony pola na drugą. Ledwie byłem w stanie się na niej skupić. Grałem, naprawdę grałem w nogę z moim największym idolem! Szczęście od środka aż mnie rozpierało. Byłem tak zachwycony, że dawno już przestałem pytać jak, jakim cudem. Może i gdzieś w głębi duszy coś niezupełnie mi pasowało; w końcu Robert pojawił się tak nagle i niekoniecznie spieszył się z wyjaśnieniem mi, po co właściwie do mnie przyjechał. Bo że przyjechał właśnie do mnie, co do tego byłem absolutnie pewien. Jednak z każdym kolejnym kopnięciem piłki, wykopywałem z siebie też wszystkie wątpliwości. Gramy, to grajmy. Nic, tylko cieszyć się chwilą.
Dopiero kiedy zauważyłem, że na trybunach siedzi jakiś chłopak i wgapia się w nas z nerwową miną, wróciłem na ziemię z niebieskich obłoków zachwytu. Ten młody już wie. Zaraz wszyscy się tutaj zlecą. Plotki szybko się u nas rozchodzą. Za godzinę pewnie już trzy czwarte Gołańczy będzie stało w kolejce po autograf Lewandowskiego. Może ten tutaj też ma ochotę podejść, ale się wstydzi, albo coś?
– Hej! Dlaczego nie grasz?
Wołanie Roberta uświadomiło mi, że stoję jak ten kołek, z piłką pomiędzy stopami i wpatruję się w chłopaka na trybunach tak samo nachalnie, jak on we mnie. Młody chyba jednak nie wstydził się podejść, bo wstał powoli i równie wolno ruszył betonowymi schodami w dół, mijając kolejne rzędy plastikowych krzesełek.
– Co to za jeden? Znasz go? – Lewy stanął tuż przy mnie z założonymi ramionami. – Ej, a może zagra z nami? Przydałby się ktoś na bramkę.
Pokręciłem lekko głową. Kiedy chłopak podszedł na tyle blisko, że byłem wreszcie w stanie rozpoznać jego twarz, miałem już stuprocentową pewność, że on akurat z nami nie zagra.
– Nie ma szans. To Dziobak – powiedziałem krótko.
– Kto? – Robert o mało co nie parsknął śmiechem. –
 Taki jeden z mojej szkoły. Wiecznie tylko siedzi z nosem w książkach i dziobie. Dziobak jak nic.
– A skąd wiesz, że nie zagra?
– Bo kiedy widzi piłkę, daje dyla, jakby go w nogi parzyła. Nawet z WF-u ma załatwione zwolnienie. Siemka Dziobak! – zawołałem nieco głośniej, kiedy chłopak był już niedaleko nas.
– Mam imię, wiesz? – odparł, bez szczególnego entuzjazmu. – Co, za trudno zapamiętać? Za mała pojemność? – zapytał obojętnie, stukając się palcem w głowę.
Patrzcie go, żartowniś się znalazł. Tacy to potrafią wkurzyć samą swoją obecnością. Nie żebyśmy się jakoś szczególnie nie lubili. Tak szczerze, to niewiele mamy ze sobą do czynienia. Znamy się niby, ze szkoły, ale nic poza tym. Doszedłem jednak do wniosku, że ten dzień zaczął się zbyt pięknie, żeby go teraz marnować na kłótnie z bufonami.
– No dobra, Oskar, czego chcesz? – spytałem, wywracając niecierpliwie oczami.
– Skąd masz Lewandowskiego? – Oskar odpowiedział pytaniem na pytanie.
Zrobił to jednak w tak bezczelny sposób, że aż się we mnie zagotowało. I na dodatek jeszcze wskazał na Roberta tym swoim chudym paluchem.
– Że co, proszę? – Wytrzeszczyłem oczy, nie wierząc w to, co słyszę.
– Pytałem, skąd go masz? – powtórzył wolno i wyraźnie, jakby mówił do jakiegoś przygłuchego staruszka.
Zbyt miłe to to nie było.
– Słyszałem o co pytałeś, nie jestem głuchy – odwarknąłem chłopakowi prosto w twarz. – Jak możesz? Obok ciebie stoi największy mistrz, jakiego kiedykolwiek nosiła nasza ziemia, a ty o nim jak… jak o przedmiocie? Weź już zamilcz, profanie jeden!
– Największy mistrz. To o mnie. – Lewy z satysfakcją puścił Oskarowi oczko, ani trochę nie urażony jego bezczelnością sprzed kilku chwil.
– Może i mistrz, ale nie ten prawdziwy – odparł Oskar z idealnym spokojem wymalowanym na twarzy.
– Jak to nie ten prawdziwy? Słuchaj, prosisz się o coś bardzo niemiłego.
Dłonie same zacisnęły mi się w pięści. Nie zamierzałem rzucać się na jakiegoś chuderlawego dzieciaka, ale to jego gadanie naprawdę działało mi na nerwy.
– Natychmiast przeproś Roberta, albo…
– Albo co? – Oskar odetchnął spokojnie. Sam nie wiem, czy bardziej wkurzał mnie ten jego bezczelny ton, czy ten nienaturalny spokój. – Popatrz na niego. Przecież nawet się nie przejął. Wygląda, jakby nie nadążał za rozmową. Naprawdę myślisz, że prawdziwy Robert Lewandowski zachowuje się właśnie w taki sposób? Robi sobie wypady przez pół Europy, żeby pokopać piłkę z jakimś obcym dzieciakiem, gdzieś na wygwizdowie?
Odruchowo spojrzałem na Lewego, jak kazał Oskar i z bólem serca, z ogromną niechęcią, w duchu zgodziłem się z jego słowami. Teraz już wiedziałem, co w tym chłopaku wkurzało mnie najbardziej. To, że miał rację.
– Kurczę, faktycznie – wystękałem, patrząc na Roberta przepraszającym wzrokiem. – Nie gniewaj się, ale on chyba jednak ma trochę racji. Wiesz, bardzo się cieszę, że tu jesteś i w ogóle, ale… możesz mi wreszcie wyjaśnić, czego właściwie ode mnie chcesz?
– Ja? – Robert uniósł brwi, jakby moje pytanie trochę go zaskoczyło. – Sorry, stary, ale zdaje się, że to ty potrzebujesz czegoś ode mnie. Inaczej by mnie tu nie było. Mówiłem ci przecież.
– Ja? Od ciebie? No, to teraz już w ogóle nic z tego nie rozumiem…
– Ja też nie – powiedział poważnie Oskar. – Ale mam pewną teorię.
– No? – popatrzyłem na niego z nadzieją.
– Powiedz, czy ty coś w ogóle czytasz?
– No jak nie, jak tak! Wczoraj nawet zasnąłem nad książką. A coś ty myślał? – niemal wykrzyczałem, udając oburzonego.
Jakie to szczęście, że przeczytałem wczoraj tę książkę o piłkarzach. Nie wyjdę przynajmniej na jakiegoś ostatniego imbecyla.
– A czy – ciągnął dalej Oskar – ta książka, nad którą zasnąłeś, nie była przypadkiem o Robercie Lewandowskim?
– No… między innymi – odparłem niepewnie.
– Aha, bingo!
– Zaraz, jakie bingo? – Podskoczyłem lekko, kiedy Oskar wydarł mi się prosto do ucha. Poważnie, skąd w tej zapadniętej klacie tyle pary?
– Ano takie, że twój Lewandowski, teraz uważaj, bo powiem to najprościej jak się da i tylko jeden raz, prawdopodobnie wylazł z tej twojej książki, po tym, jak ją przeczytałeś.
Oskar poprawił okulary, które miał na nosie i nie tracąc powagi ani na moment, zdawał się czekać na moją reakcję. A moja reakcja była mniej więcej taka, że gdybym nie przytrzymał się za brzuch, to chyba by mi go rozerwało od gwałtownej salwy śmiechu.
– Serio? Ty tak na serio!? – wydukałem, pomiędzy kolejnymi parsknięciami. – A oni wszyscy w szkole uważają, że ty taki mądry jesteś i w ogóle! Robert Lewandowski wylazł z mojej książki! Nie no, dobre. Długo nad tym myślałeś?
Chociaż ciągle nie mogłem opanować chichotu i nawet Robert, zarażony moim śmiechem, zaczął cicho rechotać pod nosem, to Oskar dalej nie tracił spokoju. Rany, twardy jest, chociaż nie wygląda.
– A książkę dostałeś. Za darmo. W tej nowej księgarni na rynku. Od starszego pana w brązowej marynarce. Nie chciał od ciebie pieniędzy, a na koniec zapytał z czym wiążesz swoją przyszłość, prawda?
Zamilkłem w jednej chwili. Zupełnie przestało mi być do śmiechu.
– Ej, skąd ty to wszystko wiesz?
– Bo miałem dokładnie tak samo.
– I tobie też coś… no wiesz, wylazło? – zapytałem niemal szeptem.
Obiecałem sobie w duchu, że jeśli ten cały Oskar mnie wkręca, to nie będę się powstrzymywał i naprawdę przyłożę mu w zęby. Oskar jednak nie wydawał się zmyślać. Pokiwał powoli głową, potwierdzając moje słowa.
– Naprawdę? A co?
– Skłodowska-Curie – odpowiedział równie cicho.
– Kiri, kiri?... Czekaj, coś mi to mówi… Już wiem, ten taki twarożek z reklamy?
Tym razem to Oskar wywrócił na mnie oczami.
– I kto tu jest profanem? – prychnął z pogardą. Szybko jednak wróciła jego spokojna, poważna mina. Widocznie on też nie chciał się kłócić. – Profesor Maria Salomea Skłodowska-Curie, wybitna pani fizyk i chemik, dwukrotna noblistka. Nie żaden twarożek.
Zamyśliłem się na chwilę, nie do końca wiedząc, co odpowiedzieć. Spojrzałem na Roberta, który z nudów zaczął podbijać piłkę najpierw jedną nogą, a potem drugą. Zupełnie nie interesowała go nasza rozmowa, chociaż w sumie to o nim właśnie rozmawialiśmy.
– No nie wiem – westchnąłem. – Jakoś trudno mi w to wszystko uwierzyć.
– Tobie trudno uwierzyć? W moim pokoju siedzi właśnie kobieta, która nie żyje od osiemdziesięciu dwóch lat, i czyta sobie encyklopedię.
– No dobra. – Przybliżyłem się do Oskara, jeszcze bardziej zniżając głos. – To co teraz zrobimy? No wiesz, z nimi i w ogóle.
– Tego nie wiem. Ale przede wszystkim musimy iść i porozmawiać z tym sprzedawcą w księgarni. Może on coś nam podpowie. A co do niego – tu Oskar lekko skinął głową w stronę Roberta – lepiej za bardzo nie pokazywać go światu. To nie jest normalne, żeby jedna osoba była w dwóch miejscach naraz. A już szczególnie taka znana osoba.
Z tym ostatnim zgodziłem się bez gadania. Tu dzieje się coś dziwnego. Coś, w co niekoniecznie mam ochotę być zamieszany. Ale z drugiej strony, Oskar pewnie też nie ma na to ochoty. Posłałem mu porozumiewawcze spojrzenie. Jak by nie było, jedno jest pewne – musimy działać.
– Jasne, chodźmy do tego gościa! – zawołałem ochoczo. – Nie, czekaj, chwila… Teraz nie mogę.
Skrzywiłem się lekko, spoglądając na duży, elektroniczny zegarek na moim nadgarstku. Fajny gadżet. Ma funkcję pomiaru tętna, przydatną podczas treningu. Teraz jednak ten fajny gadżet wskazywał całkiem niefajną godzinę. Właśnie dochodziła jedenasta.
– Za pół godziny będzie tu pan Dominik. Trening mam. Umówmy się tu po południu, może tak koło piętnastej, co?
Oskar przystał na moją propozycję, ale widziałem, że niechętnie. Pewnie wolałby pójść do tej księgarni od razu. No ba, też bym tak wolał, ale nie mogę przecież zawalić treningu. Pan Dominik od razu zadzwoniłby do taty i jak bym się z tego wytłumaczył? „Sorry tato, ale wyczytałem sobie Lewandowskiego i muszę go odprowadzić do tego starego wariata z nowej księgarni na rynku”? Jak dla mnie, średnio przekonujący tekst. Chociaż prawdziwy.
– Tylko… co mam zrobić z nim? – Lekko wskazałem głową na Roberta, pochłoniętego wykonywaniem coraz to bardziej skomplikowanych trików z piłką. – Jeśli tu ze mną zostanie, zaraz zrobi się z tego afera.
– W porządku. – Oskar odetchnął ciężko, opuszczając z rezygnacją ramiona. – Zabiorę go do siebie. W końcu mieszkam niedaleko.
– Serio? Mógłbyś się nim zająć przez te kilka godzin? – zapytałem i od razu zrobiło mi się trochę głupio.
Mówiłem o Robercie Lewandowskim, moim największym piłkarskim guru, jak o jakimś domowym zwierzaku, z którym nie ma co zrobić, kiedy cała rodzina wyjeżdża na wakacje. Chociaż, jeśli teoria Oskara okaże się jednak zgodna z prawdą, to wcale nie jest prawdziwy Robert. Nie powinienem więc mieć wyrzutów sumienia. I tak miałem.
– Tak, w ostateczności – odparł niechętnie Oskar. – Moi rodzice będą w domu dopiero po osiemnastej, więc może u mnie przeczekać. I tak trzymam już w pokoju nieżyjącą noblistkę. Jeden nadpobudliwy piłkarz wielkiej różnicy nie zrobi.
– Dzięki – odetchnąłem głęboko. – Dobra, widzimy się o piętnastej przed stadionem. Pasi?
– Niech będzie. – Oskar skinął lekko głową i machnął ręką na Roberta. – Hej, mistrzu, koniec treningu. Wracamy do szatni.
– Mistrzu. To o mnie – palnął Lewy z satysfakcją i ruszył za nim, kopiąc przed sobą moją piłkę.
A, niech ją sobie weźmie. Przynajmniej będzie miał się czym zająć przez ten czas. Bo w domu tego Dziobaka, to pewnie same książki… Książki, nigdy w życiu już żadnej nie ruszę! Same przez nie kłopoty.