18 czerwca 2016
Julka
Dochodziła czternasta.
Szłam szybkim krokiem po chodniku, oddzielonym od jezdni rzędem rozłożystych kasztanowców. Wszystkie chodniki w tym miasteczku wydają mi się takie wąskie. Nic dziwnego, jestem przyzwyczajona do poznańskich ulic, na których chodniki szerokością potrafią dorównywać nawet jezdni, wzdłuż której biegną. Tutaj wszystko jest mniejsze. Mniejsze, cichsze, wolniejsze. Tylko ja pędziłam jak głupia. Nie moja wina. Nie musiałabym tak gnać, gdyby mama nie uparła się, że nie wypuści mnie z domu bez obiadu. A że obiad mamy zazwyczaj o wpół do drugiej… no, sami rozumiecie.
Dotarłam do bramy cmentarza. Naprzeciwko, na niewielkim parkingu, faktycznie ktoś już na mnie czekał. Drobniutka dziewczynka, ubrana w jasną sukienkę, z różową opaską na rozpuszczonych, niemal zupełnie czarnych włosach, patrzyła na mnie niecierpliwie.
– Co tak długo? – zawołała.
Jej głos był może nieco piskliwy, ale miał w sobie jakąś dziwną manierę.
Rozejrzałam się na obie strony i przebiegłam przez ulicę. Dziewczynka podparła na stópce swój różowy rower i wzięła się pod boki.
– Miałaś być o czternastej. Jest trzy po. Powinnam już sobie pójść! Masz szczęście, że mam dziś dobry humor.
Bez przesady – chciałam powiedzieć, ale postanowiłam nie denerwować jej, przynajmniej dopóki nie dowiem się czegoś więcej o wczorajszej akcji pod moim balkonem.
– To ty jesteś Maja? – zapytałam. Dziewczynka skinęła głową. – Co to za pomysł, żeby umawiać się przy cmentarzu?
Maja zachichotała.
– A co? Przestraszyłam cię?
– Nie. Ale i tak uważam, że to trochę… dziwne. Macie tu tyle pięknych miejsc. Czemu akurat cmentarz?
– Wcale nie chodziło mi o żaden cmentarz. Po prostu chcę cię zabrać na mały spacer. O, tam.
Maja odwróciła się i wskazała wzrokiem gdzieś daleko w pole, na którym dojrzewające kłosy bujały się leniwie. Jestem z miasta i nie znam się za bardzo na zbożach, ale jak na moje oko, to chyba pszenica. Podążyłam za spojrzeniem Mai, ale oprócz porośniętego bujną zielenią, podłużnego wgłębienia w ziemi, nie zobaczyłam nic specjalnego.
– A co niby takiego jest „o tam”? – spytałam w końcu.
– Nasza gołaniecka dolina.
– A ta dolina, to jakaś specjalna jest? Ma w sobie coś ciekawego? Nie wiem, rezerwat jakiś?
– Rezerwat? U nas? Daj spokój. – Maja parsknęła cichym śmiechem. – Jak dla mnie, to nie ma tam nic specjalnego. Znaczy, jest kilka takich starych bunkrów, jeszcze po wojnie, ale to zupełnie nie moja bajka. – Maja znów zaśmiała się na to ostatnie słowo, jakby rozbawił ją jakiś żart, którego nikt poza nią jeszcze nie zna.
– Aha – odparłam sucho. – To, w takim razie, po co tam idziemy?
– Bo jest dużo miejsca. I mało kto tam zagląda o tej porze.
– Aha – powiedziałam po raz drugi. Nie ma co, tośmy sobie pogadały. – Miałyśmy porozmawiać o tym dziwaku z wczoraj – przypomniałam jej.
W końcu sama napisała do mnie wiadomość, a teraz nawet o tym nie wspomina? Coś podejrzana ta cała Maja.
Wystarczyło mi zaledwie kilka minut, by przekonać się, że oprócz tego, że podejrzana, Maja jest także uparta jak mało kto. Oświadczyła, że nie powie mi już nic więcej, dopóki nie dotrzemy na dolinę. Tutaj, jak twierdziła, mogło przytrafić się o kilka ciekawskich par uszu i oczu za dużo. I faktycznie, nie odezwała się już ani słowem. A ściślej mówiąc, nie odezwała się do mnie.
Za to do siebie mówiła niemal bez przerwy. Do siebie, a może raczej do jakiegoś tajemniczego Błyskotka, którego nie było nigdzie w pobliżu. Przynajmniej ja nikogo tam nie widziałam. Ale to w niczym Mai nie przeszkadzało. Szła sobie przodem, co chwilę wtrącając jakieś: „Ale dziś gorąco, prawda Błyskotku?” albo „Uważaj, Błyskotku! Tam jest mrowisko, nie wdepnij!”.
Na szczęście na tę całą dolinę naprawdę nie było daleko i zanim zaczęłam się zastanawiać, czy z głową Mai aby na pewno jest wszystko po kolei, byłyśmy już na miejscu.
Zeszłyśmy na dół jedną z mniej stromych ścieżek, wydeptanych w wysokiej trawie i Maja niemal natychmiast zarządziła przystanek.
– Co? Już? – Spojrzałam na nią zdziwiona. – Tutaj?
– Tutaj. Teraz możemy spokojnie porozmawiać. – Rozejrzała się na wszystkie strony. – Nikt nas nie widzi.
– Przerażasz mnie, wiesz? – Zmarszczyłam lekko czoło, patrząc na nią niepewnie.
Niby to tylko mała dziewczynka, ale tak jakoś dziwnie się zachowuje…
– No co ty? Przecież ja taka słodka i urocza jestem – odparła beztrosko.
Trudno mi było wywnioskować z jej tonu, czy mówiła poważnie, czy nie.
– No dobrze, do rzeczy. Lubisz zwierzęta?
– Tak ogólnie, czy jakieś konkretne?
– Konkretnie to takie, które nie istnieją?
– Pogięło cię?! – wybuchnęłam rozzłoszczona. – Ściągasz mnie tutaj, nie wiadomo po co, a teraz sobie żartujesz? Jeśli chcesz z kimś porozmawiać o nieistniejących zwierzętach, to może powinnaś…
Kolejne słowa uwięzły mi w gardle, kiedy nagle, tuż przede mną, w powietrzu pojawiło się coś długiego i szpiczastego. Zdążyłam zaledwie cofnąć się o krok, a za owym szpiczastym czymś, pokazał się też podłużny łeb z lśniącą grzywą o lekko fioletowym odcieniu. Duże, czarne oko, które przyglądało mi się bacznie i z ufnością, mrugnęło dwa razy, a zanim mrugnęło, mogłam już zobaczyć całą postać stworzenia, którego przed sekundą jeszcze tutaj nie było. Końską postać.
– Co to… co to jest?! – zawołałam przestraszona, cofając się jeszcze parę kroków.
Maja stała niewzruszona obok dziwnego stworzenia, jakby właściwie nie działo się nic niezwykłego. Może dla niej!
– Powiedzmy – zaczęła powoli – że zapomnę o tym, jak chciałaś na mnie nakrzyczeć i pozwolę ci poznać Błyskotka. No więc, to jest właśnie mój Błyskotek. Błyskotku, poznaj Julkę.
Drgnęłam lekko, kiedy koniopodobny stwór wyciągnął się w moją stronę i pyskiem połaskotał mnie po ramieniu.
Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale nie byłam w stanie. No bo co to niby ma być? Jeszcze chwilę wcześniej byłam święcie przekonana, że wyrosłam już z bajek o małych, słodkich, czarodziejskich kucykach, a tu nagle wyskakuje mi przed nosem coś takiego?
– Czy to twój?… Skąd masz?… To prawdziwy?...
– Jednorożec? – dokończyła za mnie Maja, słysząc, że nie mogę wydusić z siebie porządnego pytania. – A i owszem. Błyskotek, jak już mówiłam. Najsłodszy jednorożec na ziemi.
I jedyny – pomyślałam od razu. Przynajmniej jedyny tak prawdziwy. Nie mogło mi się tylko zdawać, że go widzę. Przecież dotknął mojego ramienia. Czułam go na własnej skórze, jego miękki pysk, ciepły oddech.
– Jakim cudem? – Wywaliłam oczy na wierzch, ze zdumieniem cedząc słowa jedno za drugim. – Skąd masz jednorożca? Przecież one nie istnieją.
– Nie istnieją? No patrz! A jak uprzedzałam, że chcę pogadać o nieistniejących zwierzętach, to zaczęłaś się wściekać…
– Dobrze, dobrze – powiedziałam szybko, machając na to ręką. – Powiesz skąd go masz?
– Od czarodzieja.
– Od czarodzieja?! – No super, jeszcze tego brakowało. Jakby uwierzenie w samego jednorożca nie było już wystarczająco trudne. – Jakiego znowu czarodzieja?
– A bo ja wiem jakiego? – bąknęła ostro Maja. – Tego z księgarni. Tak się przedstawił, jako czarodziej. Dał mi książkę. Świta coś?
– Pan Ewaryst? – mruknęłam do siebie pod nosem.
Przecież to tylko miły, starszy pan. A tacy starsi panowie są po prostu mili i nie mają nic wspólnego z jednorożcami i magią. Bo nie mają, prawda?
– Ja tam nie wiem. Nie mówił jak ma na imię – odparła Maja, wzruszając drobnymi ramionami. – Wiem tylko, że dał mi książkę, a kiedy ją przeczytałam, pojawił się on – tu skinęła głową na
Błyskotka, który zdążył już zająć się swoimi jednorożcowymi sprawami i właśnie skubał sobie trawę gdzieś na uboczu. – I teraz, uwaga, uwaga, przechodzimy do gwoździa programu. Dzień po tym, jak zjawił się u mnie Błyskotek, spotkałam na ulicy dziwnego typka. Ubrany jak czterolatek na balik w przedszkolu, kręcił się koło kwiaciarni. Od razu coś mi w nim nie pasowało, ale posklejałam fakty. A jeszcze jak powiedział, że szuka jakiejś Julki, to już na sto procent byłam pewna, że nie jestem sama. To jak, też dostałaś książkę od tamtego staruszka.
– Mhm – wydusiłam z trudem. Byłam zbyt zaskoczona, żeby zdobyć się na coś więcej.
– Jaką?
– „Romeo i Julia”.
– No i się wyjaśniło! – Maja niespodziewanie pstryknęła palcami, aż się trochę przestraszyłam. – Ja mam swojego Błyskotka, a ty swojego Romeo.
Opadłam bezsilnie w wysoką trawę i usiadłam w niej, podkulając kolana pod brodę. Tak trudno było mi w to wszystko uwierzyć. Magiczne książki, jednorożce… Przecież to brzmiało po prostu głupio.
– Skąd wiedziałaś, że chodzi o mnie? – zapytałam, próbując jakoś nabrać dystansu do tego, co właśnie działo się wokół mnie.
– Co?
– Skąd wiedziałaś, że ten cały Romeo właśnie mnie szuka?
– A, o to ci chodzi. Zrobiłam małe śledztwo, że tak powiem.
– Znaczy?
Maja westchnęła ciężko, jakby to, co mówi, faktycznie było aż nadto oczywiste.
– A status na Facebooku zmieniałaś? Jak byk masz tam wpisane, że parę dni temu zaczęłaś naukę w naszej szkole. Gołańcz to nie jest jakieś wielkie miasto. W szkole jest tylko kilka Julek. Napisałam do wszystkich. Większość z nich odpisała coś w stylu, że nie wie o co chodzi, niektóre nie odezwały się w ogóle. A ty jesteś tutaj – to mówiąc, wskazała na mnie obiema rękoma. – Jeszcze jakieś wątpliwości?
Pokręciłam głową bardzo, bardzo powoli. Nadal nie wiedziałam, co tu się wyprawia. Nie cierpię tego uczucia, kiedy nie rozumiem, co się dzieje. A teraz właśnie nie rozumiem. Przecież jednorożce nie istnieją, jeszcze do dziś byłam tego pewna. Chociaż, do niedawna byłam też pewna, że tata nigdy w życiu by mnie nie zostawił. I co? Wygląda na to, że bycie pewnym czegokolwiek zupełnie się nie sprawdza…