18 czerwca 2016
Antek
Gdyby rok, miesiąc albo tydzień temu ktoś powiedział mi, że za jakiś czas będę wyprowadzał na spacer swojego własnego orka, kazałbym mu puknąć się zdrowo w głowę, najlepiej kilka razy. Z drugiej jednak strony, pewnie i mnie stukano by palcami w czoło, gdybym komukolwiek przyznał się, jak nietypowego mam towarzysza.
Posiadanie takiego wielkoluda u boku ma oczywiście swoje dobre i złe strony. Do tych gorszych należy przede wszystkim problem z zachowaniem Rooka w tajemnicy przed światem. Problem duży, bo i Rook całkiem spory. A jakkolwiek wiernym orkiem by nie był, coś mi się zdaje, że moja rodzina i sąsiedzi nie polubiliby go za bardzo. Choćby na sam wygląd. No bo, pomyślcie sami: gdybyście niespodziewanie spotkali na swojej drodze dwunożną, uzbrojoną w topór ropuchę, z wywalonymi kłami i żółtymi ślepiami, która w dodatku umie gadać, mało tego – warczy i pomrukuje przy każdym niemal słowie – mielibyście ochotę na bliższą znajomość? No właśnie.
Dzisiejsza noc była okropna. Nasz dom jest naprawdę maleńki, a mój pokój to tylko maleńka część z tego maleńkiego domu. Możecie więc sobie wyobrazić, jak komicznie wyglądał w nim wysoki, szeroki i nad wyraz umięśniony ork. I chociaż Rook ani słowem nie narzekał, że przez kilka godzin musiał kulić się w kącie – i tak zajmując niemal pół pokoju – i nie ruszać się, żeby nie narobić podejrzanego hałasu, to już z samego rana wspólnie ustaliliśmy, że wygodniej i bezpieczniej będzie mu na zewnątrz.
Rook nie miał nic przeciwko spędzaniu nocy na dworze. Mówił nawet, że jest do tego przyzwyczajony, bo jak do tej pory większość czasu i tak spędzał na wyprawach wojennych i rzadko trafiała się okazja, żeby przenocować w murach jakiegoś miasta. Poza tym, las jest na tyle blisko, że bez problemu będziemy mogli przekradać się tam i z powrotem, nie ściągając na siebie niczyjej uwagi. No i w lesie o wiele łatwiej będzie Rookowi upolować sobie coś do jedzenia. Bo co jak co, ale wyżywienie takiej góry mięsa też pewnie do łatwych nie należy. Na mamę liczyć nie mogę, przecież sami ledwie mamy co do garnka włożyć. Na szczęście Rook okazał się całkiem zaradnym myśliwym. Teraz już wiem, że potrafi sam o siebie zadbać, a przy okazji po okolicy kręcić się będzie trochę mniej lisów i kun. Tylko zajęcy mi trochę szkoda, ale wolę, żeby Rook polował na nie, niż na psy i koty sąsiadów.
I w taki oto sposób zaczęliśmy się ze sobą jako tako zgrywać. Ciągle nie mogę tak do końca uwierzyć, że Rook nie jest tylko wytworem mojej wyobraźni, ale tak naprawdę nie ma to dla mnie większego znaczenia. Wymyślony czy nie, doskonale się z nim bawię. Uwielbiam patrzeć jak poluje. Chyba spróbuję go namówić, żeby i mnie nauczył paru sztuczek z toporem. Co prawda jego topór jest dla mnie zbyt ciężki i pewnie nawet nie ruszyłbym go z miejsca, ale może uda mi się po kryjomu wynieść z szopki przy ogródku stary toporek do łupania drewna. To nie to samo, co prawdziwa oręż bojowa, ale z drugiej strony, jaki tam ze mnie prawdziwy wojownik?
Po południu postanowiłem zabrać Rooka nieco dalej od domu i pokazać mu okolicę. Tuż za naszą chatką biegnie stara, nieczynna już od parunastu lat, linia kolejowa. Podobno kiedyś pociągi jeździły tu nawet kilka razy dziennie. Ja tego nie pamiętam, jestem za młody. Linia tworzy, to znaczy, kiedyś tworzyła bezpośrednie połączenie kolejowe pomiędzy Poznaniem a Bydgoszczą. Teraz jednak prawie wszyscy mają samochody, więc puszczanie tamtędy pociągów najwidoczniej przestało się opłacać. Tylko od czasu do czasu docierają do nas jakieś plotki, że naszą linię mają ponownie otwierać, a to znów, że nie, i tak na zmianę. Władze obu miast nie mogą się ze sobą dogadać. To jedni chcą a drudzy nie chcą, a jak ci drudzy się zdecydują, to ci pierwsi już znowu nie chcą i tak w kółko. Koniec końców, tory zarosły krzakami i z daleka wyglądają jak zwyczajna, szeroka miedza.
Czasami wracam tamtędy ze szkoły – jest trochę bliżej i nie trzeba ciągle uważać na pędzące po naszej wąskiej asfaltówce samochody. A dzisiaj szczególnie było mi na rękę, że tory są tak zapuszczone i porośnięte krzakami. Rookowi łatwiej było się ukryć przed ludźmi. Co jak co, ale niczyjego zawału nie chcę mieć na sumieniu, więc lepiej się własnym orkiem światu nie chwalić.
Doszliśmy po torach aż do samej Gołańczy, tak daleko, jak pozwalały nam na to zarośla. Dalej krzaków już nie było. Od tego miejsca linia jest już czynna. Jeżdżą tam, z Gołańczy na Poznań, specjalne autobusy szynowe. Jechałem takimi kilka razy, nawet całkiem wygodne. Z wyglądu, bardziej niż małe pociągi, przypominają wielkie tramwaje. Tylko trochę śmiesznie wyglądają, takie nowoczesne i napakowane elektroniką, podjeżdżając pod nasz stary dworzec. Duży, ponad stuletni, brudnobiały budynek z kilkoma wykuszami na krytym dachówką dachu i oknami obudowanymi dookoła czerwoną cegłą, o wiele lepiej pasowałby do zabytkowych parowozów z czarnymi od sadzy kominami, niż do nowoczesnych szynobusów. Zresztą i takie lokomotywy odwiedzają Gołańcz od czasu do czasu, ale to tylko na specjalne okazje.
– Nie możemy iść dalej. Ktoś mógłby cię zobaczyć – powiedziałem cicho, kiedy oboje wyglądaliśmy ostrożnie zza zarośli.
– Wróg? – zapytał cicho Rook, węsząc w powietrzu swoimi wąskimi nozdrzami. – Z tamta zamek?
– Nie, żaden wróg. Po prostu nie chcę, żeby… Zaraz, jaki znowu zamek?
Zmrużyłem oczy, a Rook, bez słowa, wskazał łapą przed siebie. Tam, trochę dalej, za gmachem dworca i za torami w ogóle, wznosił się jeszcze jeden, wielki budynek. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że wysoka, żółta wieża, otoczona i z prawej i z lewej strony rzędem grubych, przypominających kolumny słupów, faktycznie może kojarzyć się z jakąś fortecą.
– To nie zamek, to tylko elewator – wyjaśniłem szybko.
Rook popatrzył na mnie w taki sposób, że od razu zrozumiałem, że słowo elewator zupełnie nic mu nie mówi.
– Taki magazyn na zboże. No… O, wiem! Taki jakby skarbiec – wykrzyknąłem po chwili, szukając odpowiednich słów, by wytłumaczyć Rookowi, co to za budowla.
–
To być skarbiec?
– Tak.
– Na ziarno?
– Tak – potakiwałem szybko głową.
– W takim razie my napaść na ten skarbiec i ziarno być twoja – oświadczył Rook oczywistym tonem. Oczywistym orkowym tonem, rzecz jasna.
– Co? Nie! Stój, zły Rook! Tak się nie robi! – zawołałem, z całej siły przytrzymując go za grubą, spękaną łapę.
Pewnie nawet tego nie poczuł, ale mimo to posłuchał mnie i zatrzymał się od razu. W końcu obiecał być wiernym orkiem i najwidoczniej zamierzał się tego trzymać. Trochę głupio się czułem, mówiąc do niego, jak do nieposłusznego szczeniaczka. Przecież Rook był stworzeniem całkiem inteligentnym, tyle, że nie do końca rozumiejącym, na czym świat stoi. Przynajmniej nasz świat.
– Dlaczego nie? Przecież An’tek mówić mi wczoraj, że jego rodzina być głodna.
– Nie zaraz, że głodna. Po prostu nie zawsze stać nas na takie jedzenie, jakie byśmy chcieli.
– Tam być ziarno, jedzenie. Rook zdobyć je dla swój ghraa.
– Nie! Ghraa mówi nie, słyszysz?! Tu się tak nie robi!
– Twój kraj dziwna – warknął Rook, wyraźnie niezadowolony z mojego zakazu. Jego potworna, płaska twarz w zabawny sposób przypominała teraz twarz nadąsanego dziecka. – Kiedy ork głodna i wiedzieć, gdzie jedzenie, ork sobie je zabrać.
– Trudno. Tutaj tak nie robimy – powtórzyłem najbardziej rzeczowo, jak tylko umiałem.
Miałem dodać coś jeszcze, ale szybko o tym zapomniałem, bo Rook nagle zupełnie znieruchomiał, co wyglądało bardzo podejrzanie i nie zwiastowało nic dobrego.
– Ghraa An’tek?... – zapytał gardłowo, warcząc przy tym przeciągle. Jego małe nozdrza to zwężały się miarowo, to znów rozszerzały. Widziałem jak robił tak samo dziś rano, podczas polowania. Na pewno coś wyczuł. – Tam coś być. Duża zwierz! – zaryczał, potwierdzając moje domysły. – Ghraa An’tek lubić konina?
– Co? Jaką koni… Aaa! Hej! – krzyknąłem krótko, bo Rook niespodziewanie poderwał mnie z ziemi i przerzucił sobie przez ramię.
Zanim zorientowałem się, co się dzieje, już słyszałem jego ciężkie kroki, dudniące o drewniane łączenia pod szynami.
Rook pędził szybko, w zaledwie pół minuty pokonując pierwsze kilkaset metrów. Jak burza minęliśmy dworzec i przejazd kolejowy. Usłyszałem przeraźliwy pisk opon hamującego auta, a potem trąbiący nerwowo klakson. Całą siłą woli powstrzymywałem się od darcia gardła wniebogłosy. Chciałem krzyczeć, ale wiedziałem, że to jeszcze bardziej zwróciłoby na nas uwagę ludzi. I tak ktoś nas już zauważył. Słyszałem niewyraźny, kobiecy krzyk:
– Dzik, dzik! Wściekły dzik tam biegnie!
Zagryzłem zęby. To nie był odpowiedni moment, żeby zastanawiać się, jak można pomylić orka z dzikiem. Rook biegł pochylony tak nisko, że miałem wrażenie, że za chwilę puści mnie i zacznie galopować na czworaka, jak jakiś niedźwiedź. Zresztą, nie wiem nawet, czy niedźwiedzie potrafią galopować. Pewnie nie. Rook nie puścił mnie jednak. Poczułem szorstkie kłosy, łaskoczące mnie po policzku. Z niemałym trudem odchyliłem się na bok, żeby zobaczyć gdzie jestem. Rook biegł przez pola, potem znów wpadł w jakieś krzaki. Dokąd biegł? Tego nie wiedziałem. Ale już zaczynałem się bać, co będzie, kiedy w końcu tam dotrzemy.