18 czerwca 2016
Bartek
Kurczę, przyznaję, takiej soboty to się nie spodziewałem. Myślałem, że zwyczajnie pośpię rano godzinkę dłużej, potem trening, obiad, popykam trochę na konsoli, a wieczorem szybko odwalę zadanie domowe i do łóżka. Ale nie. Zamiast tego, siedzę w jakiejś podejrzanej księgarni, w towarzystwie czwórki dzieciaków z mojej szkoły, jednego pajaca w rajtuzach, niewidzialnego jednorożca, napakowanego gada z toporkiem i szefa tego całego zamieszania – pomarszczonego na twarzy, jak suszony daktyl, gostka w garniaku starszym, niż on sam. Że o czekającym na nas w domu Oskara Lewandowskim i noblistce, której się było zmartwychwstało, nie wspomnę. Nie ma co, fajny weekend.
Siedzieliśmy ściśnięci przy okrągłym stoliku i wyglądaliśmy jak w jakiejś scenie z filmu o wywoływaniu duchów. Brakowało tylko, żebyśmy wszyscy złapali się za ręce i zaczęli przywoływać imiona umarłych. Ta mała, nadęta, Maja, czy jak jej tam, dosłownie leżała na białym blacie, opierając przedramiona o stół, a policzek o przedramiona. Oskar nerwowo wystukiwał palcami jakiś monotonny rytm. Ta nowa, Julka, siedziała tak sztywno, jakby ktoś zaraz miał jej przyłożyć. Widać, że się bała. Nikt się do nikogo nie odzywał.
Nie wiedziałem co robić. Popatrzyłem na Antka. On jako jedyny wydawał się w miarę nadążać za sytuacją, bo czekał cierpliwie, nie spuszczając wzroku z tego pokręconego dziadka. Antka nawet lubię. Od czasu do czasu nasze klasy mają wspólnie WF i wtedy wszyscy chłopacy grają w coś razem, stąd go kojarzę. Nie znamy się zbyt dobrze, ale wydaje się całkiem spoko. No i trochę mi go szkoda, bo wiem, że u nich w domu się nie przelewa.
– Więc mówicie, że mój mały prezent jest dla was nieco… uciążliwy? – odezwał się w końcu ten cały pan Ewaryst.
Na szczęście, bo od kiedy powiedzieliśmy mu, po co tu jesteśmy, nikt z nikim nie gadał i robiło się już naprawdę niezręcznie.
– Nieco? – bąknęła cicho Julka.
Wciąż była cała blada na twarzy i wyglądała, jakby zaraz miała stamtąd uciec.
– Ja tam nie narzekam. – Maja wstrząsnęła ramionami. Kiedy na nią patrzę, mam wrażenie, że tej małej wisi wszystko, co nie dotyczy jej własnej osoby. – Mój tata ma wielką stodołę, pełno w niej słomy i siana. W dodatku Błyskotek może być niewidzialny kiedy tylko chce. Nie mam nic przeciwko, żeby zostało tak, jak jest.
– A ja mam! – Oskar podniósł się lekko z wiklinowego krzesełka, które skrzypnęło żałośnie. Jak jakiś poseł w sejmie, normalnie. – Nie mogę powiedzieć rodzicom, że z mojej szafy wyszła Maria Skłodowska-Curie. Tak samo, jak on nie może powiedzieć swoim, że rano grał w piłkę z Lewandowskim, ani on, że był na polowaniu z dzikim orkiem – wyliczył szybko, wskazując kolejno palcem na mnie i na Antka. – Dostalibyśmy wilczy bilet do psychiatryka szybciej, niż byśmy się zorientowali.
– Coś w tym jest – mruknąłem pod nosem.
Dziobak, bo Dziobak, ale trochę racji jednak ma.
– Cóż, skoro tak na to patrzycie… Dobrze, jeśli wolicie zrezygnować z książek, to powiem wam jak. Ale musicie wiedzieć, że każdy z was dostał dokładnie to, co było mu potrzebne.
– Z całym szacunkiem, ale chce nam pan wmówić, że tej tutaj potrzebny był jednorożec? – uniósł się Oskar. – Może i jesteśmy jeszcze dziećmi, ale bez przesady. Proszę nie traktować nas aż tak trywialnie.
Rany Julek, jakie słownictwo! Który normalny dzieciak w tym wieku mówi w taki sposób?
– Mojego Błyskotka się nie czepiaj! – odpyskowała szybko Maja, po czym dodała po cichu, krzyżując przed sobą te swoje chudziutkie ramionka: – Ważniak jeden…
– Może nie tak dosłownie i bezpośrednio, ale tak. Przynajmniej w pewnym sensie. Mogę cię zapewnić, droga Maju, że dostałaś dokładnie to, czego twoje serce właśnie potrzebuje. Tak samo, jak wy, Antku, Bartku, Julko i Oskarze, dostaliście dokładnie to, czego potrzebujecie. Na pewno niedługo sami zrozumiecie, o czym mówię. Ale jeśli chcecie zwrócić mój prezent, to powiem wam, co trzeba zrobić.
– Bardzo byśmy prosili – odezwała się Julka, cicho i niepewnie, ale za to bardzo, ale to bardzo uprzejmie. – Doceniamy, że chciał pan nam pomóc, nawet jeśli do końca tego nie rozumiemy, ale chyba trochę za dużo zamieszania z tym wszystkim.
– No dobrze. – Staruszek uśmiechnął się do Julki przyjaźnie. – W takim razie, jedyne, co musicie zrobić, to oddać mi swoje książki.
– Tylko tyle? – zdziwił się Oskar.
Jeszcze nie widziałem go zdziwionego i muszę przyznać, że wygląda wtedy nawet zabawnie.
– Tak, to wszystko. Wystarczy, że przyniesiecie mi te książki, ja zaniosę je na zaplecze, a wtedy wszystko, co z nimi związane, raz na zawsze zniknie z waszego życia. – To mówiąc, wskazał kciukiem za siebie, na zamknięte, wąskie drzwi za ladą. – Tak będzie. Tylko musicie mi je oddać, wszystkie sześć.
– To na co czekamy?! – zerwałem się z miejsca, ale szybko z powrotem usiadłem w niewygodnym fotelu. – Zaraz…
Wzrokiem przeliczyłem wszystkich, tak jak kolejno siedzieliśmy przy stoliku. Ja, Maja, Oskar, Antek, Julka… Pięć. Jak byk, pięć! Kogoś jeszcze brakowało.
– Dlaczego nam pan od razu nie powiedział? – spytał Antek, z lekkim wyrzutem w głosie. Widać on też się zorientował co jest nie tak.
– O czym?
– O tym, że książek było sześć.
– Nie powiedziałem wam też, że było ich pięć, więc nie okłamałem nikogo z was. Dlaczego, w takim razie, jesteś na mnie zły.
– Nie jestem. Ja po prostu…
– No dobrze już, dobrze. – Staruszek uciął nieporadne tłumaczenia Antka i po raz kolejny uśmiechnął się do nas. Serio, co on ma z tym uśmiechem? Szczękościsk jakiś, czy co? – Więc teraz już wiecie, książek było sześć.
– A kto dostał tę szóstą? – zapytał Oskar.
Wszyscy spojrzeliśmy wyczekująco na pana Ewarysta, ale ten tylko rozłożył przed nami ramiona.
– A bo ja wiem? Wybaczcie, ale ten chłopiec akurat się nie przedstawił. Jeśli jednak go znajdziecie i przyniesiecie do mnie jego książkę razem ze swoimi, to całe to… zamieszanie – tu przerwał na chwilę, spoglądając na Julkę przyjaznym wzrokiem. Nie wierzę, nawet jego oczy się uśmiechały. No, to już chyba lekka przesada. – To całe zamieszanie się skończy. Ale pamiętajcie, muszą wrócić wszystkie książki. Tylko wtedy to zadziała.
– Jasne. Musimy go poszukać. Tego kogoś od ostatniej książki – powtórzyłem, chcąc zakodować sobie w głowie co i jak.
– Jeśli jeszcze się tu nie zgłosił, to znaczy, że wcale nie ma ochoty jej oddawać. – Oskar zamyślił się, wciskając nos w splecione dłonie i odetchnął głośno. – A to znaczy, że jeśli zapytamy wprost, to i tak się nie przyzna.
– Musimy to załatwić inaczej – pociągnął dalej Antek. – Musimy obserwować wszystkich w szkole i zwracać uwagę na każde dziwne zachowanie. Mamy mało czasu, bo za chwilę koniec roku szkolnego. A kiedy zaczną się wakacje i połowa dzieciaków rozjedzie się po świecie, to szukaj wiatru w polu!
– Najlepiej, jeśli będziemy współpracować – dodała Julka, już nieco pewniej, niż na początku. – Bądźmy w kontakcie. Wymieńmy się numerami.
Na to hasło zabrzmiał cichy pomruk ogólnego potwierdzenia i wszyscy natychmiast wyjęliśmy komórki. No, prawie wszyscy.
– Ja nie mam – mruknął niewyraźnie Antek. – Mamy nie stać, żeby mi kupić telefon i jeszcze go potem utrzymać.
Biedak... Znaczy, wiem, to tylko głupia komórka, ale wyobrażam sobie, jak Antek musiał się czuć w tamtej chwili. Nie mogłem tego tak zostawić.
– Ja ci pożyczę – powiedziałem spokojnie, tak, żeby nie narzucać się za bardzo. Przynajmniej ja bym nie chciał, żeby w takiej sytuacji ktoś narzucał mi się ze swoją pomocą. – Mam drugą, starą, która wciąż całkiem nieźle działa. Przez jakiś czas na pewno jeszcze pochodzi.
– Nie, weź moją! – zawołała nagle Maja. Jej piskliwy, wysoki głos rozbrzmiał tuż przy moim lewym uchu. Aż mnie bębenek zabolał. – Najwyżej powiem tacie, że mi się znudziła i chcę nową. Na pewno jeszcze dzisiaj mi kupi.
– Maja, jest sobota i już trochę późno. Gdzie twój tata kupi ci telefon o tej porze? – zasugerowała łagodnie Julka. – Poza tym, nie gniewaj się, no ale, no…
Julka zamilkła, a my wszyscy popatrzyliśmy na mały, jajowaty, różowy telefonik z klapką i zawieszką w kształcie lukrowanej babeczki, który Maja położyła na blacie stolika chwilę wcześniej. Jeśli do tej pory było mi po prostu żal Antka, to teraz mój żal osiągnął już najwyższy możliwy poziom. Biedny, biedny facet. Oby tylko nie musiał paradować z czymś takim w kieszeni!
Maja chyba też wreszcie zrozumiała, że Antek i jej telefon jednak nie do końca do siebie pasują, bo szybko ściągnęła ze stołu komórkę, obrażona na cały świat.
– No dobra, ty mu daj – burknęła do mnie, nie odzywając się już potem ani słowem.
A ja? Wyszczerzyłem lekko zęby, oglądając z boku jej focha, który nagle wydał mi się bardzo zabawny i przesunąłem swój telefon w stronę Antka.
– Masz – powiedziałem cicho. – Na koncie masz niecałe dwie dychy i darmowe SMS-y. Wysyłaj ile chcesz.
No, teraz dopiero się zacznie. Ciekawe, jak my niby znajdziemy tego kolesia, który dostał ostatnią książkę? No i ciekawe, co z niej wylazło? Może nic? Może nawet jej nie przeczytał? Chociaż… nie, na pewno przeczytał. W końcu nawet ja przeczytałem swoją. Mam tylko nadzieję, że wyrobimy się z odnalezieniem go, zanim moi rodzice dowiedzą się o Robercie. Nie mam pojęcia, jak niby miałbym im to wytłumaczyć. I czuję, nie, jestem pewien, że byłaby z tego niezła jazda…