18 czerwca 2016
Julka
Było kilkanaście minut po piętnastej, kiedy stanęliśmy przed przeszklonymi drzwiami księgarni na rogu. Nie wyglądały ani trochę magicznie. Ot, zwyczajne drzwi z brązową framugą, przez które dość dokładnie widać było stojące w środku półki z książkami.
Niepewnie uniosłam dłoń i nacisnęłam na klamkę. Zamknięte.
– Dziś sobota. Może ma nieczynne – powiedziała Maja, wzruszając lekko ramionami.
– Może – powtórzył cicho Antek i lekko zapukał w szybę. Nic. Odczekał chwilę i zapukał jeszcze raz, tym razem znacznie mocniej.
– Nie ma żadnej karteczki, żadnej informacji o godzinach otwarcia. To dziwne. Powinno coś być – mruknęłam, zaglądając przez szybę na wystawie tak daleko w głąb sklepu, jak tylko dałam radę.
Antek zapukał po raz trzeci, aż wreszcie stracił cierpliwość i zaczął walić pięścią w brązową futrynę drzwi.
– Jest pan tam?! Słyszy nas pan?! Proszę otworzyć! – wykrzykiwał.
Jak mogliśmy się tego spodziewać, nie minęło wiele czasu, zanim ktoś zwrócił uwagę na nasze dziwne zachowanie.
– Co wy tu, dzieciaki, majstrujecie przy tych drzwiach? – zapytała starsza pani, która właśnie wyszła z drogerii naprzeciwko.
Przeszła przez ulicę, zatrzymując się tuż obok nas. Usłyszałam, jak Antek mruknął pod nosem do Rooka, żeby się trochę odsunął. To było całkiem mądre. Dla staruszki byłoby pewnie niezłym szokiem, gdyby nagle wpadła na niewidzialną przeszkodę.
Pani z laseczką, w lekkiej, kwiecistej chustce na głowie, przyglądała się surowo całej naszej czwórce. A już najsurowiej patrzyła na Romea, który stał tuż za mną. W sumie nawet jej się nie dziwię. W tych swoich kozakach i skórzanej kamizelce już na sam wygląd wydawał się podejrzany. Chyba Maja miała rację, trzeba mu załatwić normalne ubrania.
– Nic, proszę pani. Sprawdzamy tylko, czy księgarnia otwarta – odezwał się grzecznie Antek.
– Księgarnia? Synku, księgarni tu już dawno nie ma. Zamknięta przecież.
– Ale nie ta stara. Ta nowa, co ją w tym tygodniu otworzyli – wypaliła szybko Maja.
– Nowa? Jaka nowa? Nie otworzyli żadnej księgarni, na pewno coś bym o tym słyszała… – kobieta zamyśliła się na chwilę, jak to czasem mają w zwyczaju starsi ludzie.
– Jak to nie otworzyli? A pan Ewaryst? A te książki na wystawie? – zapytałam.
Kobiecina odruchowo popatrzyła na sklepową witrynę, choć jej mina mówiła wyraźnie, że nie spodziewa się tam niczego znaleźć.
– Przecież tutaj nic nie ma. Ładnie to tak, stroić sobie żarty ze starszych ludzi? Macie szczęście, że nie znam waszych rodziców!
Pogroziła nam palcem, po czym odeszła w swoją stronę, drepcząc powoli i podpierając się laską przy każdym kroku.
– Co to było? – szepnęłam do moich towarzyszy, kiedy staruszka odeszła już na tyle daleko, że nie mogła nas usłyszeć. – Ona chyba rzeczywiście nic tu nie widziała.
– Na to wygląda. – Antek pokiwał głową. – Rozumiecie coś z tego?
– Antek?! To ty?! – rozległo się wołanie z drugiego końca ulicy.
Odwróciliśmy się wszyscy. W naszym kierunku, szybkim krokiem, zmierzała dwójka nastolatków. Jeden wysoki, wysportowany, machał ręką w stronę Antka, jakby faktycznie go znał. Drugi był szczupły, wręcz chudy i miał na nosie prostokątne okulary w czarnej oprawce. Ten drugi trzymał się kilka kroków za tym pierwszym i dyszał ciężko, choć przecież nawet nie biegli, a tylko szybko szli.
– Bartek? Co tu robisz? – Antek uśmiechnął się lekko i trochę niepewnie.
Wyglądało na to, że faktycznie się znają. Ale chyba każdy czułby się niepewnie, gdyby jakiś znajomy spotkał go na mieście z wielką, niewidzialną, zmutowaną ropuchą u boku.
– Przyszliśmy z… reklamacją – wyjaśnił drugi chłopak, ten w okularach. Zadyszka powoli już mu przechodziła. – Tak, z reklamacją. Można to tak nazwać. Do księgarni.
– Aha! – pisnęła nagle Maja. Tak nagle, że wszyscy podskoczyliśmy. No, może z wyjątkiem chudzielca, który tylko poprawił sobie okulary na nosie. – Więc wy ją widzicie?
– Widzimy… kogo? – zapytał wysoki, Bartek, jeśli dobrze zapamiętałam.
– No, księgarnię.
– Jasne, że ją widzimy. A co my, ślepi? No, może on trochę tak – stwierdził Bartek, trącając palcem oprawkę okularów swojego kolegi.
– Przestań! – tamten warknął na niego ostrzegawczo. Po raz kolejny poprawił okulary i tym razem zwrócił się do nas: – Dlaczego mielibyśmy jej nie widzieć?
– Bo przed chwilą rozmawiała z nami taka starsza pani i jej zdaniem nic tutaj nie ma, żadnej księgarni – wyjaśniłam krótko.
– Jak to? – Chłopak zdziwił się głęboko i przez chwilę nad czymś rozmyślał. Przynajmniej tak to wyglądało.
Myślał tak ciężko i tak intensywnie, że niemal widziałam małą, niebieską piłeczkę, która odbijała się i skakała nad jego głową, tak jak w starych kreskówkach.
– Zaraz, zaraz... Skoro my widzimy księgarnię i wy ją widzicie, a inni jej nie widzą, to…
– Oskar, a może im też coś wylazło?! – zawołał Bartek, niespodziewanie wchodząc mu w słowo.
– Właśnie zamierzałem to powiedzieć – burknął Oskar, zirytowany tym, że mu przerwano ważną myśl.
– Wylazło? Ale jak wylazło? Gdzie? – dopytywał Antek.
On też chyba nie do końca rozumiał, o czym tak właściwie rozmawiamy. Dobrze, przynajmniej nie byłam sama.
– No wiesz, z książki – powiedział przeciągle Bartek, ściszonym głosem, unosząc wymownie brwi.
Oskar tylko pokręcił głową.
– Nie tak. Od początku im trzeba wytłumaczyć.
Już nabrał powietrza, żeby zacząć mówić, a ja miałam dziwne przeczucie, że wiem, albo przynajmniej się domyślam, co za chwilę usłyszę.
Nie usłyszałam jednak ani słowa, bo przeszklone drzwi skrzypnęły cicho i uchyliły lekko się. Zza ramy wychynęła uśmiechnięta, sympatyczna twarz pana Ewarysta.
– Wybaczcie, że tyle to trwało. Byłem trochę zajęty – powiedział miłym głosem. – Proszę, wejdźcie do środka.
Wszyscy, jak jeden, popatrzeliśmy po sobie niepewnie. Nikt nie spieszył się zbytnio, żeby wejść do księgarni. Nie po tym, co nam się przytrafiło od kiedy byliśmy tam ostatnim razem. Wreszcie Maja jęknęła niecierpliwie i szybko wskoczyła po betonowych schodkach.
– No dalej – rzuciła twardo, spoglądając na nas z góry. – Nie będziecie tak stać jak bałwany, nie? Przecież chyba nas nie zje?
Chyba? W naszej sytuacji chyba brzmiało niezbyt przekonująco. Reszta towarzystwa zaczęła jednak wchodzić do środka, więc i ja się przemogłam. No bo w końcu, co jeszcze mogło się stać? Na pewno już nic bardziej pokręconego, niż to, co spotkało mnie w tym mieście do tej pory?