20 czerwca 2016
Antek
 
Przedwczoraj, po rozmowie z panem Ewarystem, byliśmy tacy pełni zapału. Znalezienie szóstej książki i tego, kto ją dostał, wydawało się wtedy niewiele trudniejsze, niż pacnięcie klapką namolnej muchy. Dzisiaj już tak różowo to nie wygląda. Dziś w ogóle był jakiś koszmarny dzień. Wszyscy zazwyczaj narzekają na poniedziałki, ale ten konkretny, to już pobił wszelkie rekordy.
Najpierw na wszystkich przerwach chodziliśmy w tę i z powrotem po szkolnych korytarzach, wypatrując każdego, kto, naszym zdaniem, dziwnie się zachowywał. Szukaliśmy jakichś wskazówek, rozmawialiśmy z ludźmi, z którymi nigdy wcześniej nie zamieniliśmy nawet słowa. Wypytywaliśmy o to, co czytają i czy nie natrafili ostatnio na jakąś ciekawą książkę. Mieliśmy nadzieję, że jeśli wpadniemy na tę właściwą osobę, to coś ją przed nami zdradzi. Jakaś reakcja, podejrzane słowo, cokolwiek. Ta… nadzieję, to sobie mogliśmy mieć.
Koniec końców, po całym dniu nagadywania obcych dzieciaków, wróciłem zrezygnowany do domu, czując się w dodatku jak ostatni idiota. Niektórzy z nich patrzyli na mnie jak na wariata. Ciekawe, co by sobie pomyśleli, gdybym powiedział im o Rooku.
Właśnie, Rook. Kolejny problem. W szkole nie mogłem się na niczym skupić. Bez przerwy myślałem tylko o tym, czy mój własny, dwumetrowy ork nic jeszcze nie narozrabiał. Zostawienie włączonego żelazka to nic w porównaniu z zostawieniem Rooka bez opieki. Ale co miałem niby zrobić? Zabrać go do szkoły przecież nie mogłem. Nawet niewidzialny, mógłby tam wywołać niezłą aferę. I chociaż Rook obiecał, że nie ruszy się z lasu dopóki ja nie wrócę do domu, to i tak nie mogłem przestać o nim myśleć. Jak dobrze, że to już ostatni tydzień szkoły, lekcje są luźniejsze i nie trzeba się już na niczym tak mocno skupiać. Słowo daję, nie dałbym rady.
Na szczęście jednak Rook nie narozrabiał. Ucieszyło mnie to bardzo i już myślałem, że na dziś to koniec kłopotów, ale to by przecież było zbyt piękne. A gdyby ktoś kiedyś zapytał mnie, czy kłopoty mają jakieś imię, to bez wahania odpowiedziałbym, że mają. Norbert.
Norbi, Norbercik, kochany Norbuś mamusi. Mój brat jest strasznym bucem i mama już nie raz miała przez niego problemy. Kiedy chodził do gimnazjum, niemal co tydzień lądował na dywaniku u dyrektora, a mama była wzywana do szkoły przynajmniej raz w miesiącu. Teraz jednak, od kiedy Norbert chodzi do zawodówki, mocno zapunktował u rodziców. Zaczął praktyki w warsztacie samochodowym jako pomocnik mechanika, a co za tym idzie, zaczął też przynosić do domu pieniądze. A dla liczącej każdy grosz matki, która ma na utrzymaniu dwóch dorastających synów, ten, który przynosi do domu kasę, z automatu zasługuje na wszelkie ochy i achy. Jakkolwiek sprawiedliwym rodzicem by się nie było – tego nie przeskoczysz. Antek, zejdź z tapczanu, bo Norbi musi odpocząć po pracy. Antek, ciszej, nie budź brata, bo się do roboty nie wyśpi. Antek, wpuść go pierwszego do łazienki, bo się do warsztatu spóźni… I tak w kółko.
To wszystko jeszcze da się znieść, ale to, co przytrafiło się dzisiaj, wykroczyło daleko poza granice mojej cierpliwości. Kiedy pod wieczór usłyszałem walenie do drzwi, aż podskoczyłem ze strachu. Od razu domyśliłem się, że to mój brat. Mama nigdy tak mocno nie puka, nawet wtedy, gdy jest bardzo zdenerwowana. Nie to, żebym bał się Norberta, czy coś. Po prostu jeszcze nie zdążyłem odesłać Rooka na noc do lasu, a bardzo nie chciałem, żeby Norbi się o nim dowiedział. Zresztą, wolałem, żeby już nikt się o nim nie dowiedział.
– Młody! Młody, słyszysz?! – Niski i lekko zachrypnięty głos potwierdził moje przypuszczenia. Tak, to był mój brat. – Otwieraj, no!
W panice doskoczyłem do drzwi i zaparłem się o nie plecami. Norbert walił w nie tak mocno, że aż czułem, jak wszystko podskakuje mi w środku. Rook przez chwilę patrzył na mnie, zastanawiając się pewnie, co jest grane, aż wreszcie załapał w czym rzecz. Jedna, gruba i spękana jak pień starego drzewa, orkowa łapa zablokowała drzwi bez najmniejszego wysiłku.
– Nie wygłupiaj się, smarkaczu! No co tam robisz?
Norbi brzmiał na coraz bardziej wkurzonego. Cały on. Wkurza się szybciej niż myśli. O ile w ogóle myśli.
– Szybko – szepnąłem niby do Rooka, ale tak naprawdę to bardziej do samego siebie.
Złapałem leżący na łóżku plecak i w kilka sekund przerzuciłem wszystko, co było w środku, w poszukiwaniu włosa jednorożca, który Maja dała mi na wszelki wypadek. Zdaje się, że niespodziewany nalot starszego brata podchodzi pod kategorię wszelkich wypadków, prawda?
Zdenerwowany i z trzęsącymi się dłońmi, znalazłem wreszcie owinięty w wygniecioną chusteczkę higieniczną włos z ogona Błyskotka i z ledwością zawiązałem go wokół masywnej łapy Rooka. Łapa, jak cały Rook zresztą, natychmiast zniknęła mi z oczu.
– Tam. Do kąta. Już, już, już – popędziłem go, szepcząc nerwowo.
Rook, taką przynajmniej miałem nadzieję, bo przecież nie mogłem go już zobaczyć, odsunął się w najdalszy kąt mojego ciasnego pokoiku. Ledwie puścił drzwi, te uchyliły się od razu i głowa Norbiego wsunęła się do środka. Wlazłby pewnie dalej, ale w porę przytrzymałem drzwi, opierając się na nich całym ciężarem ciała.
– Młody, co ty odwalasz? – mruknął Norbert z niezadowoleniem.
– Nic – powiedziałem szybko. – Czego chcesz?
– Szykuj brudne gatki. Mama kazała ci powiedzieć, że jutro od rana robi pranie. Serio, smarku, coś kombinujesz – wymamrotał powoli Norbi.
– Dobra, zaraz pozbieram rzeczy – rzuciłem niecierpliwie, próbując przymknąć drzwi jeszcze bardziej. Wszystko, byleby tylko mój brat tu nie wlazł. Wpadnie jeszcze na Rooka i co wtedy zrobię?
– Ej, ty tam coś masz!
– Odbiło ci?! Nic nie mam!
– Coś chowasz! Lepiej się przyznaj, bo i tak się dowiem.
– Mówię przecież, że nic nie mam. Weź się odcze…
No i masz. Na zdążyłem nawet dokończyć zdania, bo cichy i szybki gwizd, dochodzący z tylnej kieszeni moich spodni, przyciągnął uwagę Norberta jak magnes. Nie, tylko nie teraz! To się nazywa pech...
– Wiedziałem, że coś kręcisz – Norbi uśmiechnął się tryumfalnie. – To był telefon, nie? Skąd go masz?
– Nie mam – syknąłem przez zęby.
Dlaczego? Dlaczego nie wyciszyłem komórki Bartka? Powinienem był to zrobić.
– Dobra, dobra. Nie wciskaj mi tu kitu. Gdzie go masz?
– Nie. Mam. Żadnego. Telefonu. – wycedziłem powoli.
I właśnie w tamtej chwili przekonałem się, że cały wszechświat na pewno musiał sprzysiąc się przeciwko mnie. Innego wyjaśnienia nie widzę, skoro kolejny gwiżdżący sygnał musiał rozlec się z mojej kieszeni dokładnie w tamtym momencie.
– Okej, dosyć tego – rzucił ostro Norbert.
Pchnął drzwi na tyle mocno, że mało brakowało, a sam wpadłbym na niewidzialne cielsko Rooka. Szybko rozejrzał się po pokoiku, aż wreszcie dostrzegł kształt telefonu, odznaczający się wyraźnie przez kieszeń moich wysłużonych dżinsów.
– Nie mam żadnego telefonu, hm? Weź nie rób ze mnie głupka.
– Nie muszę – mruknąłem pod nosem na tyle cicho, żeby Norbert mnie nie usłyszał.
Chociaż próbowałem go odepchnąć, jest ode mnie o wiele silniejszy. Bez trudu przytrzymał mnie za ramię i sam wyjął mi komórkę z kieszeni.
– O, a co tu się znalazło? – zapytał drwiącym tonem, jakby mówił do malutkiego dziecka. Zawsze tak robił, kiedy chciał mnie zdenerwować. – Skąd go masz?
– Nie twoja sprawa. Zostaw!
– Nie moja? Może i nie moja, ale wiem, czyja na pewno. Mamo! – Norbert odwrócił się przez ramię, wołając w stronę kuchni.
A to gnida! Wiedział, że będę musiał się tłumaczyć.
– Mamo, młody ma telefon!
– Jaki telefon? – Mama pokazała się w drzwiach, wycierając ręce w mały, kuchenny ręczniczek. – Chłopcy, znowu się szarpiecie? Raz dalibyście spokój. Zmęczona już jestem.
– Młody ma komórkę – powtórzył szybko mój brat, puszczając mnie natychmiast. Prychnąłem na niego jak wkurzony kocur. – I nie chce powiedzieć skąd.
– Komórkę? Co ty mówisz? – Mama zrobiła zatroskaną minę, jak zawsze, kiedy sytuacja w domu wymykała się jej spod kontroli.
– No. I to taką z lepszymi bajerami. Pewnie komuś zwinął, bo zazdrościł mi, że sobie zarobiłem na swoją.
– Antek? – Mama popatrzyła na mnie wyczekująco.
Ta gnida, mój brat, od razu podał jej telefon Bartka i do tego uśmiechnął się do mnie z wredną satysfakcją wymalowaną na twarzy. Burak. Przecież nigdy nikomu nic nie ukradłem. Jak mama mogłaby uwierzyć w coś takiego?
– Skąd to masz?
– Ja… – zająknąłem się niepewnie. – No… kolega mi pożyczył.
– Pożyczył ci? Telefon? – Mama zmarszczyła brwi, przyglądając mi się podejrzliwie.
No tak, mogłem się tego spodziewać. Skoro kochany i wspaniały Norbuś mówi, że ukradłem, to na pewno ukradłem. Na szubienicę ze mną! Najlepiej od razu!
– Ta, pożyczył. Telefon za jakieś sześć stówek. Jasne, już ci wierzę. – Norbert wydął usta i zmarszczył brwi. Pewnie miało mu to wyjść zabawnie, ale wyszło po prostu głupio.
Poczułem jak niewidzialnie cielsko Rooka wierci się niecierpliwie za moimi plecami. Miałem tylko nadzieję, że ork nie przyjmie durnej miny mojego brata za zachętę do ataku. Byłoby kiepsko, bo gdyby Rook rozszarpał Norberta, mama z pewnością rozszarpałaby mnie. Dwa trupy na miejscu.
– Antek, wytłumacz mi proszę, po co ten kolega dał ci telefon, jeśli faktycznie sam ci go dał. – Mama nie odpuszczała.
To do niej podobne. Musiała w końcu być stanowcza, żeby samemu poradzić sobie z naszą dwójką. Ale co miałem jej powiedzieć? Prawdy nie mogłem, kłamać nie chciałem.
– Nie mogę powiedzieć – wymamrotałem cicho, spuszczając wzrok.
– Nie możesz, bo?...
– Nie mogę. Tak po prostu.
– W porządku. – Mama założyła ręce, spoglądając na mnie surowo. Ta mina, ta poza… Doskonale wiedziałem już, co będzie dalej. – Skoro mnie nie chcesz powiedzieć, to wytłumaczysz to ojcu.
Tak jest. Tata. Nasz sąd najwyższy ostatniej instancji. Nie, żeby był jakiś szczególnie surowy, albo coś. Ale zawsze ojciec to ojciec. Budzi respekt, w końcu głowa rodziny, jak to mówią. Druga sprawa, że widujemy się z nim strasznie rzadko. Tata pracuje za granicą w jakiejś firmie budowlanej. Rodzice nigdy nam tego nie mówili, ale chyba ta jego firma nie jest tak do końca legalna, bo kiedy parę miesięcy temu kolega taty spadł z rusztowania i złamał sobie nogę, miał potem spore problemy z ubezpieczeniem. Tata wysyła nam tyle pieniędzy, ile tylko może i nie chce ich tracić na podróż, dlatego wraca do domu najwyżej ze trzy razy do roku. A że rozmowy międzynarodowe też do najtańszych nie należą, to dzwonią do siebie z mamą góra raz w tygodniu. Dlatego tak się przejąłem, że będę musiał wyjaśnić wszystko tacie. Tak bardzo nie chciałem, żeby nasza jedyna rozmowa w tygodniu upłynęła na moich nieporadnych tłumaczeniach, skąd i dlaczego mam komórkę.
Mama była nieugięta. Odwróciła się i wróciła do kuchni, ze swoją słynną miną, mówiącą: „powiedziałam już ostatnie słowo”. Norbert tylko uśmiechnął się półgębkiem, patrząc na mnie tryumfującym wzrokiem. Podświadomie czułem, że Rook za mną aż gotuje się ze złości. W myślach błagałem, by wytrzymał jeszcze chwilę, aż Norbi też sobie pójdzie. Rook jednak nie wytrzymał i z jego gardła wymknęło się krótkie, bulgoczące warknięcie. Na tyle głośne, że Norbert od razu nastawił uszu.
– Co to było?
– Sorki – mruknąłem prędko, na tyle przekonująco, na ile tylko potrafiłem i odruchowo złapałem się za brzuch.
Głupie bo głupie, ale udawanie, że puściłem bąka, było pierwszym i jedynym, co przyszło mi do głowy. A musiałem przecież działać szybko.
– Fuj, młody, jesteś obleśny! Tylko pokoju nie zapomnij wywietrzyć.
Norbi wreszcie wyszedł, trzaskają za sobą drzwiami tak mocno, że aż podskoczyły w futrynie. A ja w końcu mogłem odetchnąć z ulgą. No, przynajmniej po części, bo przecież w najbliższym czasie czeka mnie jeszcze trudna rozmowa z tatą.
– Co to być? – warknął cicho Rook, kiedy udało mi się już wymacać jego niewidzialną łapę i zerwać z niej włos jednorożca.
Wielki, masywny stwór znów pojawił się w moim pokoju w pełnej okazałości. Westchnąłem ciężko i popatrzyłem prosto w jego żółte ślepia.
– Wojownicy w naszym świecie mają na takie sytuacje jedno słowo: przechlapane – wymamrotałem zmęczonym głosem i padłem jak długi na łóżko.