21 czerwca 2016
Maja
 
Ale jestem wściekła!
Wiecie, co dziś musiałam zrobić? Posprzątać swój pokój. Sama! Mało tego, wieczorem musiałam jeszcze załadować brudne naczynia do zmywarki. Pierwszy raz w życiu. No, w sumie to nie musiałam, tylko sama się na to zgodziłam. I dlatego właśnie jestem taka wściekła. Kumacie? Nie? No to od początku.
Wróciłam do domu po kilku męczących godzinach w szkole, spędzonych na szukaniu tej nieszczęsnej szóstej książki i jej właściciela. Wcale nie mam ochoty oddawać mojej książki i rezygnować z Błyskotka, ale robienie czegoś wspólnie z Julką, Bartkiem, Antkiem i Oskarem jest nawet całkiem przyjemne. Rozmawiają ze mną, odpisują na moje SMS-y. Nigdy wcześniej nie miałam takich kolegów. Co prawda trzymamy się razem dopiero od paru dni i pewnie tylko przez tego całego pana Ewarysta i jego sztuczki z książkami, ale i tak bardzo mi się to podoba. Tak czy inaczej, szósty dzieciak przepadł jak kamień w wodę, a my wzięliśmy na spytki już chyba z pół szkoły i dalej nic.
Wróciłam więc do domu, zmęczona jak mało kiedy i jedyne na co miałam ochotę, to walnąć się na łóżko z tabletem w dłoni, albo pooglądać kreskówki. Mama zajrzała do mojego pokoju tylko na moment, żeby zobaczyć, co robię. I tak jakoś wyszło, że zobaczyła podłogę. W sumie trudno było jej nie zauważyć. Podłoga moja bowiem, choć sama w sobie jest zupełnie normalna i niczym się raczej nie wyróżnia spośród innych podłóg w pokojach dziesięciolatek, wyglądała ostatnimi czasy jak istne pole minowe. Mówiąc prościej, nie dało się po niej przejść, żeby w nic nie wdepnąć. A wszystko dlatego, że przez pojawienie się Błyskotka byłam ostatnio trochę rozkojarzona i moje ubrania, pluszaki i przybory szkolne nie zawsze trafiały tam, gdzie powinny. A że z miejsc, do których trafić nie powinny, najłatwiej było im trafić na podłogę, to cóż…
Chyba nie muszę tłumaczyć, że mama zachwycona nie była. Złapała się za głowę i to tak dosłownie. W pierwszej chwili myślałam nawet, że chce ją sobie ukręcić. Zaraz jednak puściła głowę i złapała za coś innego, a konkretnie za dużego, różowego i przecudnie mięciutkiego króliczka, który akurat leżał najbliżej niej. Potrząsnęła nieszczęsnym pluszakiem i patrząc na mnie z wyrzutem, zapytała:
– Co to ma być?
– No co? Trochę się nazbierało – odparłam, wstrząsając niewinnie ramionami.
– Trochę? Maja, litości. Tu wygląda jak po przejściu huraganu. A nie sprzątałam u ciebie tylko trzy dni. Trzy dni… – powtórzyła mama, pewnie dla lepszego efektu. – Zresztą, dlaczego mam wciąż po tobie sprzątać? Jesteś już dość duża, żeby sama to robić.
– Ja?
Naburmuszyłam się od razu. Ja miałabym sprzątać swój pokój? Co to, to nie. Księżniczki przecież nie sprzątają! Nabrałam powietrza, żeby stanowczo sprzeciwić się temu pomysłowi i z całym zdecydowaniem wypaliłam:
– Dobrze, mamo.
O rany. Nie wiem, kto był bardziej zaskoczony moją odpowiedzią, mama czy ja sama. Obie stałyśmy jak wryte, z otwartymi ustami i pewnie całkiem durnymi minami, aż wreszcie, ku mojemu jeszcze większemu zdziwieniu, sama nie wiem dlaczego, zabrałam się do roboty.
Co mnie podkusiło? Co mi odbiło? Przecież ja nie sprzątam. To obowiązek mamy, nie mój. Ja przecież nie mam obowiązków. Jestem księżniczką. Małą, słodką księżniczką moich rodziców. Ja nic nie muszę robić! A mimo to sprzątnęłam cały pokój. Wszyściusieńko. Nawet kurze szmatką przejechałam. A te naczynia do zmywarki, to już tak z rozpędu…
Kurczę, co się ze mną dzieje? Coś mi tu nie gra. Wcześniej nigdy w życiu bym się tak nie zachowała. Już ja się dowiem co jest grane. Chyba muszę pogadać z panem Ewarystem, bo coś mi się wydaje, że to on mógł maczać w tym swoje czarodziejskie palce.