21 czerwca 2016
Oskar
 
Pomimo całego szaleństwa ostatnich dni i wszystkich niedorzeczności, jakie mnie ostatnio spotkały, jakoś się trzymam. Staram się funkcjonować normalnie, dużo czytam i prowadzę długie rozmowy naukowe z panią profesor Skłodowską-Curie. Może nie tak długie, jak bym chciał, ale na dłuższe nie mogę sobie pozwolić, bo ze względów bezpieczeństwa zadecydowaliśmy, że pani profesor, Lewandowski i Romeo zamieszkają jednak u pana Ewarysta w księgarni. Głównie mieliśmy tu na uwadze nerwy i zdrowie psychiczne naszych rodziców. Wolę nawet nie myśleć, co by było, gdyby wszystko wyszło na jaw. Co prawda daleko mi jeszcze do własnych dzieci, ale chyba jestem w stanie sobie wyobrazić, jak bym się czuł, gdybym przypadkiem dowiedział się, że w pokoju mojego dwunastoletniego syna pomieszkuje kątem i bez mojej wiedzy kobieta, która spokojnie mogłaby być jego babcią. Nie, nie, nie. Za duże ryzyko. Dlatego właśnie postanowiliśmy nasze „książkowe zjawy”, jak to określa Julia, przechować bezpiecznie w księgarni i tam też się z nimi spotykamy.
A spotykamy się, kiedy tylko możemy – przed lekcjami, po lekcjach, w trakcie. Tak, o zgrozo, niektórzy z nas, jak Bartek czy Maja, nie mają najmniejszych oporów przed opuszczaniem terenu szkoły w czasie dużej przerwy, choć doskonale wiedzą, że jest zakaz i że prawdopodobnie spóźnią się przez to na kolejną lekcję.
Chociaż, muszę przyznać, sytuacja trochę ich usprawiedliwia. Już drugi dzień szukamy tego chłopaka, który dostał szóstą książkę i dalej nic. Jak kamień w wodę. Zaglądamy do księgarni tak często, bo mamy nadzieję, że sam się w końcu zgłosi, ale skoro do tej pory jeszcze tego nie zrobił, to chyba trzeba tę nadzieję porzucić. Nie mam już siły o tym myśleć. I jeszcze ten cały Bartek. Wiecie w co on mnie wpakował? Wprosił się do mnie na noc. A ja, głupi, dałem się przekonać. Jakim cudem? Gdzie moja asertywność?
Jeszcze przed południem nic nie wskazywało na taki obrót spraw. Na trzeciej przerwie staliśmy z Antkiem na szkolnym korytarzu, opierając się o szeroki parapet pomalowany białą farbą olejną i rozmawialiśmy o postępach w poszukiwaniu brakującej książki. Postępach, a raczej ich braku. Ja intensywnie główkowałem nad naszym problemem, a Antek, głęboko zamyślony, wpatrywał się w widok za oknem, nieświadomie obskubując z parapetu kawałki spękanej farby. I właśnie wtedy wszystko się zaczęło.
Podeszło do nas takich dwóch dryblasów z jednej ze starszych klas. Takie typki, co to nikomu nie przepuszczą i dnia nie przeżyją, nie szukając zaczepki.
– E, dzieciaki! – zawołał jeden.
Był dość szczupły, ale ramiona miał silne. Typowy sportowy półgłówek. Na uśmiechniętej złośliwie gębie, odznaczały się pierwsze oznaki trądziku.
– Co tak wisicie na tym oknie? Z drogi, elita chce przejść.
Drugi, dla odmiany dość szeroki w barach i o twarzy zdecydowanie zbyt dorosłej jak na nastolatka, tylko prychnął przez nos, potwierdzając słowa kolegi.
Nie znałem ich imion i nie zamierzałem ich poznawać. Zresztą, najchętniej nie zadawałbym się z nimi wcale. Antek najwidoczniej był podobnego zdania, bo ledwie do nas podeszli, od razu odezwał się pojednawczo:
– Dajcie spokój, co? W niczym wam przecież nie przeszkadzamy.
– Swoim istnieniem nam przeszkadzacie, obszarpańcu – odwarknął ten barczysty i dwoma palcami strącił z parapetu sprany, przetarty w kilku miejscach, stary plecak Antka. – Co to za szmata? Nie stać cię na porządny plecak, to się spakuj do foliówki z marketu.
Po twarzy Antka od razu poznałem, że trafił w czuły punkt. Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na niego groźnie.
– A ty co się gapisz, kujonie? Wsadź lepiej ten krzywy nochal z powrotem do książek, zanim ci go połamię.
– Ej, zostawcie ich w spokoju, co?! – zawołał ktoś nagle.
Obaj z Antkiem zadarliśmy głowy, bo głos wydawał nam się znajomy. Po schodach zbiegał właśnie Bartek, a jego mina mówiła wyraźnie, że lepiej z nim nie zadzierać.
– Koleś, wyluzuj – machnął ręką szczuplejszy chłopak, ten z pryszczami na twarzy. – Tych cieniasów będziesz bronił? Popatrz na nich. Przecież samym wyglądem aż się proszą.
– Żebym ja ci zaraz nie pokazał, kto tu jest cienias!
– Bartek, no co ty? Trzymasz z kujonami i biedotą? – zapytał drugi, wyraźnie zaskoczony. O ile dobrze kojarzę, to chyba należy z Bartkiem do tej samej drużyny piłkarskiej. – Co, po lekcjach umawiacie się na wspólne żebranie pod sklepem?
– Weź już spadaj, bo jak nie umiesz trzymać języka za zębami, to możesz zaraz w nie oberwać.
Dwójka chłopaków wymieniła między sobą spojrzenia, trochę zaskoczone, a trochę wkurzone. Żaden z nich nie spieszył się jednak z rzuceniem kolejnego obraźliwego tekstu. Wiadomo, Bartek, lokalna gwiazda piłkarska. Nikt nie byłby na tyle głupi, żeby mu się postawić. Z drugiej strony, najwyraźniej nikt by się też nie spodziewał, że Bartek może stanąć w naszej obronie. Zdziwione gęby tych mięśniaków mówiły same za siebie. Nie powiem, sam też byłem nieźle zaskoczony. Nawet trochę przeszła mi złość za to ciągłe wyzywanie mnie od Dziobaka. Może Bartek nie jest jednak taki zły?
– Chodź, niech się trzyma z kim chce – warknął pryszczaty i skinął ręką na swojego kolegę.
Obaj odwrócili się na pięcie i, ku mojej i Antka ogromnej uldze, ruszyli schodami w dół. Zanim zwinęli się na dobre, jeden z nich trącił ramieniem jakiegoś chłopaka, który akurat miał pecha znaleźć się w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwym czasie.
– Łamaga! Uważaj jak łazisz!
Poturbowany chłopak potknął się o przedostatni stopień i runął jak długi, niemal prosto pod nasze nogi. No tak, frustrację w końcu trzeba na kimś wyładować. To takie typowe dla półgłówków…
Antek bez wahania wyciągnął rękę do nieszczęśnika. Chłopak bardzo długo zwlekał z przyjęciem pomocy. A kiedy wreszcie zdecydował się z niej skorzystać i złapał wyciągniętą do niego dłoń, spojrzał na Antka takim wzrokiem, jakby to on był wszystkiemu winien.
– Nic ci nie jest? – zapytał Antek i nagle zaniemówił.
Wszyscy zresztą zaniemówiliśmy na widok dużego, ciemnozielonego siniaka, który zobaczyliśmy tylko dlatego, że koszulka chłopaka podwinęła się nieco i odsłoniła mu plecy.
– Przewróciłem się – powiedział szybko, prostując się gwałtownie i obciągając koszulkę.
– No, widzieliśmy. – Antek zmierzył go podejrzliwym wzrokiem.
– Nie mówię o tym przed chwilą. Ten siniak. Przewróciłem się w domu i przyłożyłem o krzesło.
– Aha – skwitował krótko Bartek. Pewnie jemu też nerwowe tłumaczenia chłopaka wydały się dziwne. – Nieźle musiałeś przydygać.
– Nieźle – zgodził się tamten.
Potem popatrzył na nas wszystkich po kolei jakbyśmy mu jakąś krzywdę zrobili i oddychając ciężko przez nos niczym rozwścieczone zwierzę, poszedł, a nawet prawie pobiegł w swoją stronę.
Odprowadziliśmy go wzrokiem, milcząc jeszcze przez chwilę.
– Myślisz, że to ci dwaj mu tak nastrzelali? – odezwał się w końcu Antek.
W sumie mi też przyszło do głowy, że to mógł nie być pierwszy raz, kiedy ten nerwowy chłopak wpadł w ręce tamtych dwóch osiłków.
– Błażej i Maciej? – Bartek zamyślił się, a ja, chcąc nie chcąc, poznałem imiona nieprzyjemnej dwójki. – Nie wiem. W sumie są dość narwani i lubią ze wszystkimi zaczynać, ale nigdy nie widziałem, żeby faktycznie kogoś aż tak pobili. Chociaż, kto ich tam wie... Ale jak jeszcze raz będą mieli z wami jakiś problem, to śmiało mnie wołajcie, okej?
Ja i Antek skinęliśmy lekko głowami, a mina Bartka od razu stała się nieco spokojniejsza.
– A jak tam nasze polowanie? Jakieś dobre wieści?
– Nic nowego – odparłem, nie kryjąc niezadowolenia. – Jeżeli dalej tak będzie, to w życiu nie znajdziemy ostatniej książki. Idziemy po lekcjach do księgarni?
– Nie da rady. – Bartek od razu pokręcił głową. – Dziś wtorek, mam basen.
– No to jutro?
– W środę nasza drużyna ma trening. Nie wolno mi go opuścić. Może dzisiaj wieczorem, kiedy wrócę z basenu?
– Wieczorem?... – Skrzywiłem się lekko.
Pomysł nie bardzo mi odpowiadał. Co prawda pan Ewaryst zawsze jest na miejscu i chętnie nam otworzy, nawet późnym wieczorem, ale nie do końca byłem pewien, gdzie ja wtedy będę.
– Chyba nie będę mógł. Moi rodzice wyjeżdżają na noc. Mają jakieś ważne biznesowe spotkanie w Warszawie, z którego nie mogli się wykręcić – zacząłem tłumaczyć.
Zresztą, nawet gdyby mogli, rodzice i tak nie próbowaliby wykręcać się od takich spotkań. Uwielbiają mieć dużo pracy. Im więcej, tym lepiej. Praca pozwala im nie myśleć o problemach, zdaje się, że ich uspokaja. No i dzięki niej nie mają na nic czasu. Nie mają czasu dla mnie. Nie muszą więc ze mną rozmawiać o tym… Nieważne, też wolę o „tym” nie rozmawiać. A że rodzice pracują w tej samej firmie, i że akurat oboje są potrzebni w Warszawie… Dla mnie to nic nowego. Mają tylko problem, komu podrzucić mnie na tę jedną noc. Dziadkowie mieszkają za daleko, a wszystkie pobliskie ciocie i wujkowie są dziś akurat zajęci. Jeszcze rano, kiedy wychodziłem do szkoły, mama narzekała, że sama już nie wie, co ze mną zrobić.
Nigdy bym jednak nie przypuszczał, że z pomocą przyjdzie jej Bartek i to wyskakując z takim pomysłem, który w pierwszej chwili wydawał mi się niesamowicie głupi.
– Znaczy się, masz dziś wolną chatę? – zapytał podekscytowany.
– Tak jakby – odparłem niepewnie.
– To super!
– Super?
– Pewnie, że super! Zrobimy tak: wpadnę do ciebie na nockę, weźmiemy Roberta i tę twoją profesorkę i będziemy się świetnie bawić. Twoich rodziców nie będzie, więc nikt się o niczym nie dowie. Będziemy mogli grać na konsoli do późnej nocy, albo… wiem! Pogramy w jakieś planszówki. Rany, nie grałem w planszówki chyba z pięć lat, jak nie dłużej. Genialny plan, co nie?
– Nie bardzo. – Westchnąłem ciężko i zmierzyłem Bartka surowym spojrzeniem.
– Bo co? – Bartek tak nakręcił się na swój pomysł, że nie docierało do niego, jak bardzo był on bezsensowny.
– Po pierwsze, nie mam konsoli. Po drugie, naprawdę uważasz, że moi rodzice są aż tak lekkomyślni, żeby zostawiać dwójkę dzieciaków samych na noc, zupełnie bez opieki.
– No bez przesady. Nie jesteśmy aż takimi maluchami. Poza tym, od czego mamy naszą babcię Marysię?
– Jaką babcię Marysię?... O nie, nawet o tym nie myśl! – zawołałem, kiedy nagle dotarło do mnie, o czym mówi Bartek.
– Kogo? – Antek nagle włączył się do rozmowy, parskając śmiechem. Chyba on też zrozumiał.
– Dlaczego nie? Przecież to genialny plan. Powiemy twojej pani profesor, żeby poudawała trochę moją babcię, która wspaniałomyślnie zgodzi się nami zająć, żebyśmy nie siedzieli sami i nie wariowali za bardzo.
– Do reszty ci odbiło?
– Nie no, ty serio nic nie kumasz? Zobacz, kiedy już znajdziemy tę szóstą książkę, Robert i twoja noblistka znikną na zawsze. Dlaczego nie mamy wykorzystać okazji i spędzić z nimi trochę czasu?
– W sumie… – Moja obrona powoli słabła.
Bartek miał trochę racji. To rzeczywiście dobra okazja, żeby porozmawiać z panią profesor trochę dłużej. A jest jeszcze tyle rzeczy, o które chciałbym ją zapytać. Właściwie to jedna rzecz, za to najważniejsza.
– No weź, nie daj się prosić. Drugiej takiej szansy możemy już nie dostać.
– Niech będzie – powiedziałem cicho.
Najbardziej w tym wszystkim przerażał mnie fakt, że od początku wiedziałem, że rodzice zgodzą się na to szaleństwo. I miałem rację. Kiedy tylko opowiedziałem im wszystko po powrocie do domu, byli podwójnie zadowoleni. Najpierw z tego, że wreszcie rozwiązał się problem opieki nade mną. A później, nawet jeszcze bardziej, kiedy dotarło do nich, że jednak mam jakichś kolegów, skoro chcę zaprosić jednego na noc. Byli tak zadowoleni, że nawet nie dociekali za bardzo, kim jest ta cała babcia Bartka. Oczywiście, czego to się nie robi, żeby tylko pozbyć się problemu.
Umówiliśmy się na dziewiętnastą. Bartek ma przyprowadzić do nas panią Marię i przedstawić ją, jako swoją babcię, która na stałe mieszka we Francji, ale stęskniła się za wnukami i ojczyzną, więc przyjechała do Polski na całe lato. Jej francuski akcent na pewno będzie w tym bardzo pomocny. Moi rodzice uwierzą. Zresztą, dlaczego nie mieliby uwierzyć? Przecież nie zdarza mi się zbyt często ich okłamywać. Wiecie jak to mówią: inteligentni ludzie podobno częściej kłamią. Bardzo inteligentni, za to, nie kłamią wcale. Nie muszą.