22 czerwca 2016
Bartek
Nigdy, ale to przenigdy nie spodziewałbym się, że w towarzystwie Dziobaka będę się aż tak dobrze bawił. Siedzieliśmy wczoraj przy planszówkach prawie do północy. Co prawda zawsze przegrywałem, bo jedyne, co Oskar ma na wyposażeniu swojego pokoju, to tona nudnych, naukowych książek i może ze trzy gry edukacyjne z pytaniami wziętymi z kosmosu. Dosłownie. No bo skąd ja mam niby wiedzieć, ile księżyców ma Jowisz? Co ja, astronauta jestem, czy jak? Ale i tak było super.
Robertowi najbardziej spodobała się gra w kalambury. Chociaż kiedy była kolej pani Marii na wymyślanie hasła, to zawsze rzucała coś takiego, o czym normalny człowiek w życiu nie słyszał. Tylko Oskar wiedział, co to są te wszystkie roztwory, menzurki i układy okresowe, które nam zadawała, więc tylko on to pokazywał. A myśmy z Robertem siedzieli jak te dwa osły i gapili się na niego, nie mając pojęcia, jak to niby odgadnąć.
Mimo wszystko i tak mi się podobało. Jedliśmy popcorn, piliśmy cole i zagryzaliśmy czekoladą. Wariowaliśmy tak długo, aż nie popadaliśmy ze zmęczenia na dywan. Już dawno zapomniałem, że można się tak świetnie bawić i to bez piłki!
Ogólnie byłoby idealnie, gdyby nie jedna, dziwna rzecz, która stała się potem, w nocy, kiedy wszyscy już spaliśmy. To znaczy, ja tak myślałem, że wszyscy już śpią, kiedy obudziłem się przed wpół do trzeciej, żeby nalać sobie czegoś do picia. Od tego słonego popcornu strasznie męczyło mnie pragnienie. Wstałem cicho, a że spałem na rozłożonym na podłodze materacu, nie musiałem martwić się, że łóżko zaskrzypi, czy coś w tym stylu. Obok mnie, zawinięty w cienki, polarowy koc, chrapał Lewy. Miał taką zaspaną minę, że pewnie nawet wuwuzela nie byłaby w stanie go obudzić. Byłem pewien, że reszta też smacznie śpi, ale ledwie rozprostowałem nogi, napotkałem smutne spojrzenie pani Marii, która siedziała bokiem na łóżku Oskara i z jakiegoś powodu głaskała go lekko po głowie.
Podszedłem dwa kroki bliżej, totalnie zaskoczony. Pani Maria nie powiedziała nic, tylko przyłożyła palec do ust, dając mi w ten sposób do zrozumienia, że naprawdę nie powinienem w tej chwili o nic pytać.
Nawet gdybym chciał o coś zapytać, nie potrafiłbym nazbierać odpowiednich słów. Zupełnie zgłupiałem, a w głowie miałem pustkę. Co tu się odwala? Dlaczego pani Maria nie śpi? Dlaczego głaszcze Oskara? Wtedy zrobiło się jeszcze dziwniej, bo nagle usłyszałem czyjś szloch. Najpierw delikatne, ciche pochlipywanie, jakby ktoś płakał w poduszkę, a potem już na całego. Zaczęły się jęki, szlochy, nawet krzyki. Oskar, bo to on tak lamentował, zaczął rzucać się na łóżku i przekręcać z boku na bok, mamrocząc coś coraz głośniej i wyraźniej. Chociaż spał, wyglądał na zmęczonego. Był cały spocony, oddychał ciężko, a spod jego zamkniętych powiek płynęły łzy. Nie kapały, nie spływały powoli, tylko po prostu ciekły, dwoma wąskimi stróżkami, jak woda z kranu. Zupełnie to do niego nie pasowało. Okej, Oskar to w sumie jeszcze dzieciak, kilka lat młodszy ode mnie, ale zawsze zachowuje się tak dojrzale. Ciągle jest taki poważny i wymądrza się, kiedy tylko powiem, albo zrobię coś głupiego. Jest jak taki miniaturowy dorosły, profesorek miniaturka. A w nocy? Płakał, ryczał jak dwuletnie dziecko.
Nie rozumiałem tego. Nie wiedziałem, co mu się stało. Może ta cała zombie-noblistka coś mu zrobiła? Głaskała go w końcu po głowie. Może próbowała dobrać mu się do mózgu, albo coś?
Szybko odpędziłem te myśli, bo wydawały mi się zbyt głupie, nawet jak na mnie. Oskar, tymczasem, mamrotał już na tyle wyraźnie, że mogłem w miarę dokładnie zrozumieć to, co mówił.
– Adrian! – jęczał, szlochając w poduszkę, która całkiem już przemokła od łez. – Adrian, nie! Dlaczego? Dlaczego?!
Adrian?
Kto to jest ten Adrian? Może to tak jak wczoraj, z Maciejem i Błażejem? Może jakiś Adrian też szukał z Oskarem zaczepki? W końcu w szkole raczej nie przepadają za takimi kujonami. Szybko poszukałem w pamięci, czy znam jakiegoś zaczepnego Adriana. Nie kojarzyłem żadnego.
– Kto to jest Adrian? – zapytałem w końcu, szepcząc.
Oskar wreszcie się trochę uspokoił, ale pani Maria ani na chwilę nie przestała go głaskać i wycierać jego zapłakanych policzków.
– Adrian to jego brat – odparła, równie cicho.
– Brat? Przecież Oskar nie ma żadnego brata.
– No właśnie, młody człowieku. – Pani Maria pokiwała głową, grzbietem dłoni ocierając ostatnie kilka łez, które spłynęły po policzku Oskara z jeszcze jednym, cichym chlipnięciem. – No właśnie, on nie ma brata. Już nie.
Moje usta same uchyliły się ze zdziwienia. O nic już jednak nie zapytałem. Czułem, że nie powinienem.
A następnego dnia zwinąłem się do domu jeszcze przed śniadaniem, pod głupim pretekstem, że muszę spakować plecak do szkoły. Jasne, jakbym kiedykolwiek się tym przejmował. Prawda była taka, że po prostu uciekłem. Nie chciałem rozmawiać z Oskarem. Nie wiedziałem, co mu powiedzieć, czy przyznać się, że słyszałem, jak płacze po nocy. Musiałem to przemyśleć. Musiałem ochłonąć. Musiałem… sam nie wiem, co jeszcze musiałem, ale wiedziałem jedno. Nie czułem się jeszcze na siłach, żeby z nim o tym porozmawiać.