22 czerwca 2016
Oskar
 
Pamiętacie problemy, o których wam kiedyś wspominałem? Tak, te przez wielkie „P”? Cóż, chyba najwyższa pora opowiedzieć wam o nich coś więcej.
Wczoraj wieczorem było znośnie. No dobrze, nawet całkiem miło. Ale nie przyznam się przecież przed Bartkiem, że podobają mi się takie prostackie rozrywki, jak wymachiwanie rękoma, nogami i robienie głupich min, które ktoś kiedyś górnolotnie nazwał grą w kalambury. Toż to przyszłemu naukowcowi nie przystoi! Chociaż muszę przyznać, że pani profesor była w tym całkiem niezła... Nieważne. Nie o tym chciałem wam opowiedzieć.
Zacznę może od tego, że dzisiejszej nocy znów miałem sen. Chociaż sen, to chyba za mało powiedziane. Raczej koszmar, istny horror. Straszniejszy od zwykłych, złych snów, tym bardziej, że on się przecież wydarzył, kiedyś, na jawie.
Na początku nie było nawet tak źle. Byliśmy jeszcze razem, dwa małe, słodkie dzieciaczki. Bawiliśmy się, śmialiśmy, czasami trochę łobuzowaliśmy, jak to dzieci. Ja już chodziłem do szkoły, on jeszcze nie. Był jeszcze za mały. Był taki mały, naprawdę. Nawet sobie nie wyobrażacie. I właśnie wtedy pojawiła się ona.
Przyszła zupełnie znienacka, bez żadnej zapowiedzi i od razu złapała go w te swoje paskudne, blade łapska. Zacisnęła mocno i nie chciała puścić, chociaż on tak się wyrywał, tak mocno walczył. A ja? Ja byłem kompletnie bezradny. Nie mogłem nic zrobić. Mogłem tylko patrzeć, jak mi go zabiera, jak pożera go bezlitośnie, kawałek po kawałku. Najpierw zabrała mu rumieńce, namalowała sińce pod oczami, a potem wyrwała wszystkie włosy. To było okropne! Wyrywała je garściami, jak zwiędniętą trawę na łące. A on wtedy płakał, tak strasznie płakał. Nie wiedziałem, czy z bólu, czy ze strachu. Pewnie z jednego i drugiego. A ja płakałem razem z nim. Też ze strachu, i z bezradności. I mama płakała, i nawet tata płakał razem z nami. I tak płakaliśmy, wszyscy, aż do końca, aż do ostatniej chwili, kiedy wreszcie pożarła go całego. A potem płakaliśmy już tylko we trójkę, ja, mama i tata. On już nie płakał. Nie zapłakał już nigdy więcej.
Teraz już rozumiecie moje problemy? Wiecie, dlaczego tak trudno mi o tym mówić? To było, co prawda, już prawie trzy lata temu, ale śni mi się do tej pory, prawie każdej nocy. Miałem kiedyś młodszego brata, Adriana. I żyliśmy sobie spokojnie, trochę tak, jak w bajkach, długo i szczęśliwie. Myślałem, że tak będzie cały czas. Ale wtedy przyszła ona i zabrała mi go na zawsze. Zabrała mi jedynego brata. Mojego malutkiego Adriana. Była okropna, zimna i bezwzględna. A na imię jej było białaczka.
Do Gołańczy przeprowadziliśmy się kilka miesięcy po pogrzebie. Tata kupił dom, mama spakowała walizki i wyjechaliśmy, zostawiając stare życie za sobą. Myśleliśmy, że zostawimy też smutek i pustkę, ale się nie udało. Popełzły za nami, jak dwa jadowite węże i kąsały nas po piętach przy każdym kolejnym kroku. Rodzice pogrążyli się w pracy, mając nadzieję, że przez to zapomną o wszystkim. Nie zapomnieli jednak. Raczej nie mieli czasu o tym myśleć. Ani myśleć, ani rozmawiać. Dlatego zostałem sam. Sam jeden, ze swoim bólem.
Mama i tata nigdy nie rozmawiali ze mną o śmierci Adriana. Nie chcieli, nie potrafili? Tego nie wiem. Mieli jednak doskonałą wymówkę. Wiadomo – praca, brak czasu. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, więc poszedłem za ich przykładem. Tak jak moi rodzice uciekli w pracę, tak ja uciekłem w naukę. Zacząłem czytać, szukać informacji, uczyć się na pamięć różnych teorii, analizować i eksperymentować. Szybko zostałem ogłoszony klasowym kujonem, ale nie przejmowałem się tym ani trochę. Wiedziałem przecież, po co to robię. Miałem przecież swój cel. Jasny cel, nie tylko taki, jak moi rodzice. Nie robiłem tego wyłącznie po to, żeby uciec przed rozpaczą. Ja naprawdę chciałem zostać naukowcem, badaczem, odkrywcą. Wiedziałem bowiem, że naukowcy są w stanie zrobić wiele niezwykłych rzeczy. Nawet takich, których do tej pory nikomu jeszcze zrobić się nie udało. Dopiero dziś, po rozmowie z panią profesor, spojrzałem na życie trochę inaczej.
Rodziców jeszcze nie było. Uprzedzali, że wrócą najwcześniej koło południa. Siedziałem przy kuchennym stole i dłubałem łyżką w misce z płatkami. Nie miałem apetytu. Byłem niewyspany i w dodatku bolała mnie głowa. Dlaczego ten przeklęty koszmar musi wracać prawie każdej nocy?
Schowałem twarz w dłoniach i zamknąłem na chwilę oczy. Usłyszałem kroki i ciche skrzypnięcie odsuwanego krzesła. Domyśliłem się, że to pani profesor postanowiła dotrzymać mi towarzystwa przy śniadaniu. Opuściłem ręce i popatrzyłem na nią, mrugając kilka razy, żeby wróciła mi ostrość spojrzenia. Nie do końca mi się to udało, nie ubrałem przecież jeszcze okularów.
Pani profesor przez chwilę przyglądała mi się w milczeniu, aż wreszcie zapytała:
– Zdaje się, że miałeś ciężką noc, kawalerze. Czy chcesz może o nim porozmawiać?
– O nim?... To znaczy o kim?
W pierwszej chwili nie zrozumiałem jej pytania.
– O Adrianie – odpowiedziała spokojnie.
– Skąd pani o nim wie?
Wyprostowałem się tak gwałtownie, jakby ktoś poraził mnie prądem. Pani profesor poczekała chwilkę, aż się uspokoję. Dopiero potem, z ciężkim westchnieniem, odpowiedziała:
– Mówiłeś przez sen. Płakałeś. Prawie całą noc. Jeśli chciałbyś o tym pomówić, to możemy…
– Nie, nie chciałbym – odparłem ostro.
Może nawet zbyt ostro. Zresztą, samo przerywanie pani profesor w połowie zdania też do grzecznych nie należało. Taka jednak była prawda. Nie chciałem rozmawiać. Nie z kimś, kto tak naprawdę nie wie, o czym mówi. Nie chciałem pustego pocieszania, tekstów w stylu: „wszystko będzie dobrze”. Bo nie będzie. Doskonale o tym wiedziałem.
– Była pani wielkim naukowcem, to prawda. Zdobyła pani nawet Nagrodę Nobla. To wszystko wielkie osiągnięcia, ale nawet one… nawet to wszystko, co pani w życiu odkryła, nie daje pani prawa uważać się za eksperta w każdej dziedzinie. Proszę nie udawać, że wszystko pani wie i wszystko rozumie, bo naprawdę są sprawy, których nie zrozumie nikt, kto sam przez to nie przechodził.
Zamilkłem. Ostatnie kilka słów powiedziałem już łamiącym się głosem. Łzy cisnęły mi się do oczu, broda zaczęła drżeć, ale walczyłem z tym jak mogłem. Nie chciałem płakać. Nie teraz, nie przy niej.
Pani profesor nie odzywała się przez długą chwilę. Przestraszyłem się nawet, że moje słowa za bardzo ją uraziły. Dopiero kiedy podniosła wzrok, zauważyłem, że jej oczy też są wilgotne.
– Masz rację – powiedziała cicho. – Są rzeczy, których nikt inny nie jest w stanie zrozumieć. Pozwól, że coś ci opowiem. Była sobie kiedyś mała dziewczynka. Miała starszą siostrę, kochającą matkę i całkiem przyjemne dzieciństwo. Żyła jednak w czasach, w których na wiele chorób nie znano jeszcze lekarstwa. Kiedy miała dziewięć lat, zmarła jej siostra. Nie zdążyła nawet dobrze otrząsnąć się po tej stracie, a już dwa lata później umarła też mama. Gdyby ta dziewczynka… gdybym ja żyła w twoich czasach, kawalerze, pewnie ani moja siostra, ani matka nie umarłyby tak szybko. Ponieważ jednak stało się tak, a nie inaczej, to mam teraz pełne prawo, żeby ci to powiedzieć: taka strata boli. Boli teraz i będzie bolała później. Ale to nie znaczy, że nie można żyć dalej. Pomyśl, ilu wspaniałych rzeczy nigdy byś nie doświadczył, gdyby twojego brata nie było z tobą choć przez ten krótki czas. A jeśli musisz, płacz. Wypłacz wszystko, co leży ci na sercu i nie pozwala pamiętać tego, co było dobre. Ja tak zrobiłam i było łatwiej.
– Więc… więc pani też?... – zapytałem. Głos ciągle mi drżał, podobnie zresztą jak dłonie.
– Tak, ja też, młody człowieku.
Musiałem przyznać, że tego się nie spodziewałem. W biografii, którą dostałem od pana Ewarysta, nie napisano zbyt wiele o dzieciństwie i rodzinie pani Marii. Skupiono się raczej na dorobku naukowym. Mimo wszystko nawet się ucieszyłem. Nie z tego, że pani profesor straciła mamę i siostrę, oczywiście. Raczej z tego, że teraz miałem przynajmniej pewność, że mnie zrozumie.
Zebrałem się w sobie i zadałem jej najważniejsze pytanie. To, które dręczyło mnie, od kiedy tylko pojawiła się w drzwiach mojej szafy.
– Czy… czy myśli pani, że skoro nauka tak bardzo idzie do przodu, to… to może za kilka lat…
Nie potrafiłem się wysłowić. Tak bardzo chciałem o to zapytać, a teraz nie mogłem nawet skleić normalnego zdania. Na moje szczęście, pani profesor była kobietą domyślną.
– On nie wróci – powiedziała niskim głosem, ale wciąż bardzo spokojnie. – Czy dlatego dążysz do kariery naukowej, bo masz nadzieję, że znajdziesz sposób, żeby przywrócić swojego brata do życia?
Pokiwałem głową. Pani profesor bez trudu przejrzała moje zamiary, a mi, mówiąc szczerze, trochę ulżyło. Chociaż po cichu liczyłem na inną odpowiedź, to spodziewałem się, że usłyszę dokładnie to, co usłyszałem. I zdaje mi się, że chyba po prostu potrzebowałem to od kogoś usłyszeć, żeby wreszcie to do mnie dotarło.
– Twój brat nie wróci – powtórzyła raz jeszcze pani Maria. – Ale bardzo cię proszę, nie porzucaj swoich marzeń i planów tylko z tego powodu. Na świecie jest jeszcze wiele braci, matek i sióstr, za którymi być może nikt nie będzie musiał płakać dzięki twoim przyszłym odkryciom.
Pokiwałem głową po raz kolejny i wytarłem nos o rękaw piżamy. To takie dziecinne z mojej strony, ale nie zamierzałem się powstrzymywać. Pani profesor miała rację. Nie porzucę swoich planów. I chociaż Adrianowi nie mogę już pomóc, to kto wie, może kiedyś to właśnie mi uda się na dobre pokonać tego bezwzględnego potwora, który zabrał mi go prawie trzy lata temu. A wtedy, choć może Adrian już tego nie usłyszy, bez wahania powiem, że zrobiłem to właśnie dla niego.