23 czerwca 2016
Bartek
Siedziałem na betonowych schodach przed księgarnią i próbowałem ogarnąć swoje notatki. Dziś czwartek, więc byłem świeżo po lekcji hiszpańskiego. Ten język to dla mnie czarna magia, serio. Czasami aż szkoda mi kasy, którą tata płaci za kurs. Ja się po prostu nie nadaję do nauki języków. Z angielskim się jeszcze jakoś przemęczę. W końcu udało mi się nawet dociągnąć do czwóreczki na koniec roku. Ale ten hiszpański… Dziwię się, że ktokolwiek na świecie w ogóle daje radę mówić w takim języku. No dobra, może trochę przesadzam, ale naprawdę jestem na hiszpańskie słówka wybitnie odporny. Może gdybym miał trochę bardziej wygimnastykowany mózg, może gdybym był takim Dziobakiem jak Oskar…
No właśnie, Oskar. Kolejna sprawa, która nie dawała mi spokoju. Było mi głupio, że wczoraj rano tak uciekłem z jego domu. Chyba powinienem z nim pogadać. Przeprosić? W sumie nie zrobiłem nic złego, żeby teraz Oskara przepraszać, ale na pewno będę z nim musiał porozmawiać i wyjaśnić kilka rzeczy. Miałem się nad tym zastanowić wczoraj wieczorem. Przemyśleć, co dokładnie mu powiem, ale mój plan wziął w łeb, kiedy tylko wróciłem z treningu.
Wszystko zaczęło się od SMS-a Julki. Kiedy przeczytałem, że Antek ma kłopoty przez to, że pożyczyłem mu telefon, od razu postanowiłem mu pomóc. Bardzo się spieszyłem, ale trener przyszedł do szatni i powiedział, że chciałby chwilę ze mną porozmawiać. Poprosiłem go, żebyśmy przełożyli to na następny raz, bo teraz naprawdę muszę już lecieć. Pan Dominik nie był zadowolony. Pokręcił głową i stwierdził, że nie podoba mu się moje podejście ostatnimi czasy. Wiem, że to niegrzeczne, ale naprawdę nie miałem czasu słuchać jego listy skarg i zażaleń. Co zrobiłem? Po prostu wybiegłem z szatni, zabrałem rower i popedałowałem ile sił w nogach, prosto do domu Antka.
Nie spodziewałem się tylko jednego – że mój tata prędzej ode mnie dowie się, o czym trener chciał ze mną porozmawiać. Ledwie wróciłem do domu, tata zawołał mnie do salonu. Siedział rozłożony na kanapie, jak jakiś wielki boss z filmów o mafii. Z wyglądu nawet trochę takiego przypominał. Dawniej, kiedy jeszcze sam grał w piłkę, był bardziej wysportowany. Ale teraz nie może już grać. Stawy mu wysiadają, w końcu pięćdziesiątka już wisi na karku. Od kiedy odpuścił treningi, zaczęło mu się zbierać. Brzuszek, tak konkretnie. Teraz jest już na tyle „umięśniony” w okolicach kaloryfera, że śmiało mógłby robić za Świętego Mikołaja na Święta. A i twarz mu się zaokrągliła. Kiedy się porządnie ogoli, naprawdę wygląda jak jakiś mafioso. Nie muszę chyba dodawać, że nie był zadowolony. Pan Dominik zadzwonił, kiedy byłem u Antka i nagadał mu, że ostatnio się nie przykładam, że tylko patrzę, jak się szybciej urwać z treningu, a na sparingach jestem jakiś taki rozkojarzony. Ogólnie podsumował moją wydajność na słabe czterdzieści procent moich całkowitych możliwości i ostrzegł, że jeśli się nie poprawię, to zamiast mnie, rekomenduje do swojej drużyny Wojtka, mojego kolegę z boiska.
Widzicie, sytuacja wygląda tak, że w tym roku oboje z Wojtkiem kończymy szesnaście lat, a to znaczy, że z juniorów, będziemy mogli przenieść się do drużyny seniorów, czyli zostać już takimi prawdziwymi piłkarzami. Klub, w którym gra nasz trener, zamierza w nadchodzącym sezonie szukać nowych twarzy i pan Dominik obiecał, że jednemu z nas udzieli rekomendacji. Niby nic wielkiego, ich drużyna gra tylko w czwartej lidze. Ale ostatnio mają poważne widoki na awans do trzeciej, a to już coś. No i o wiele łatwiej się stamtąd wybić. Tata był przeszczęśliwy, kiedy trener powiedział mu, że zamierza polecić akurat mnie. Właśnie wtedy zadecydował, że wykupi mi dodatkowe lekcje z panem Dominikiem. Tata zawsze był wymagający, ale od tamtego czasu zaczął na mnie jeszcze bardziej naciskać. Kiedy wracałem do domu, a nie było jeszcze zbyt późno, kazał mi szybko coś zjeść i razem wychodziliśmy na dwór, poćwiczyć podania. Sumiennie pilnował mojego planu treningów. Nie pozwalał opuścić ani jednego, nawet, kiedy naprawdę kiepsko się czułem. Przez kilka ostatnich miesięcy piłka stała się całym moim światem. Serio, nawet w nocy śni mi się czasem, że przegrywam jakiś ważny mecz i wywalają mnie z drużyny. Wiem, to głupie, ale nic nie poradzę. Czuję się po prostu tym wszystkim przeładowany.
Tata zjechał mnie od góry do dołu. Wyzwał, że nie po to płaci za te wszystkie dodatkowe rzeczy, nie po to sprowadza dla mnie najlepszy sprzęt, żebym ja olewał sprawę i to w tak ważnym momencie. Powiedział, że czuje się rozczarowany moim postępowaniem i że naprawdę spodziewał się po mnie czegoś więcej. Jeszcze więcej? Ludzie, ja już więcej nie dam rady! Jeśli tata i pan Dominik trochę nie zluzują, zapomnę jak się halówki wiąże, o kopaniu piłki już nawet nie wspominając. Mówiłem tacie, że jestem tym wszystkim już zbyt zmęczony, że potrzebuję odciąć się na chwilę. Ale on tylko spojrzał na mnie surowo i oświadczył, że będę się odcinać ile tylko będę chciał, ale dopiero kiedy Real Madryt podpisze ze mną kontrakt. A teraz jest pora na ciężką pracę i wyrzeczenia. Proszę bardzo, ja tam się mogę wyrzekać, ale już prawie nie mam czego. No, chyba, że wypiszą mnie ze szkoły i ograniczą czas na spanie do trzech godzin na dobę…
Siedziałem tak sobie na progu księgarni, rozpamiętując wczorajszą przeprawę z ojcem i obserwując ludzi, którzy snuli się powoli po gołanieckim rynku. Dziś było tak gorąco, że nawet nic nie robiąc człowiek od razu opadał z sił. Dobrze, że mogłem choć chwilę odpocząć po godzinie bezowocnego zakuwania hiszpańskich zwrotów. Byłem umówiony z resztą ekipy i właśnie czekałem, aż się pojawią.
– Ola!* – zawołał ktoś nagle, zachodząc mnie z boku.
Byłem tak zamyślony, że nawet trochę się przestraszyłem.
– Co Ola? Jaka Ola? – zapytałem bezmyślnie, odruchowo odwracając głowę do źródła głosu.
– No… dopiero co skończyłeś lekcję hiszpańskiego, dobrze pamiętam? – Oskar stał, podparty pod boki, patrząc na mnie przymrużonymi oczami. – No to się z tobą witam.
– A, tak. Jasne – odparłem bez entuzjazmu.
Posunąłem się, robiąc mu trochę miejsca na betonowych schodach.
Usiadł obok mnie.
– Co ty taki przygaszony? Myślałem, że wy, chłopaki z drużyny, zawsze macie niespożyte pokłady energii.
– Mały spadek formy – wyjaśniłem.
Naprawdę nie chciało mi się zagłębiać w szczegóły. Już wolałem zmienić temat.
– Wiesz, kiedy u ciebie nocowałem, przez przypadek dowiedziałem się… To znaczy, słyszałem…
Kurczę, nie spodziewałem się, że zmiana tematu pójdzie mi aż tak marnie. Jąkałem się jak czterolatek na występach w przedszkolu. Oskar chyba jednak zrozumiał do czego zmierzam, bo spojrzał na mnie, najpierw trochę niepewnie, potem jakby przestraszony, a na końcu, wreszcie, zupełnie spokojnie. Jego spojrzenie zmieniło się tak szybko w przeciągu zaledwie kilku sekund, że miałem wrażenie, że oglądam trzy różne zdjęcia, jedno po drugim.
– Chyba domyślam się, co słyszałeś – powiedział. – Umówmy się tak: jeśli ty opowiesz mi, co cię gryzie, to i ja powiem. Zgoda?
– Zgoda. – Potaknąłem lekko głową.
Przez chwilę milczeliśmy obaj. Zupełnie jakbyśmy siłowali się tym milczeniem, który z nas powinien mówić jako pierwszy. Żaden się do tego nie spieszył. Obok księgarni przeszła jakaś pani z małym, kudłatym pieskiem na smyczy, a za nią przebiegł kilkuletni chłopczyk. Oskar mimowolnie powiódł za nim wzrokiem i westchnął ciężko.
– No dobra. Ile wiesz? – zapytał.
– Niedużo. Obudziłem się w nocy, wtedy, u ciebie. A ty strasznie ryczałeś i wołałeś jakiegoś Adriana. Nie wiedziałem o co chodzi, więc zapytałem panią Marię, a ona powiedziała mi, że miałeś kiedyś brata. Tyle.
– Bo miałem – odparł Oskar po kilku sekundach ciszy. Mówił niby spokojnie, z wzrokiem utkwionym gdzieś w dal, przed siebie, ale ja czułem, że wewnątrz cały aż się trzęsie. – Miałem brata, Adriana. To było jeszcze zanim sprowadziliśmy się do Gołańczy.
– I… co się z nim stało? – zapytałem. Nie chciałem, żeby zabrzmiało to wścibsko, ale naprawdę byłem ciekaw. Poza tym, przecież się umówiliśmy.
– Umarł. Zachorował na białaczkę i umarł.
Zesztywniałem. Przerażało mnie, że Oskar może mówić o tym tak spokojnie. Popatrzyłem na niego, na jego mokre oczy, ukryte za prostokątnymi okularami i zdałem sobie sprawę, że ten jego spokój to przecież tylko pozory.
– To musiało być straszne…
– Było. Byłeś kiedyś na coś chory?
– Raz miałem zapalenie oskrzeli – powiedziałem. – Ale byłem wtedy bardzo mały. W sumie ledwie to pamiętam.
Oskar pokręcił głową. Chociaż siedział tuż przy mnie, chociaż czułem go obok siebie, wydawał się w tamtej chwili zupełnie nieobecny.
– To było jakieś dziesięć tysięcy razy gorsze, niż zapalenie oskrzeli. A najgorsze z tego wszystkiego było to, że jedyne o czym myślałem przez cały czas kiedy Adrian chorował, to dlaczego ja nie mogłem zachorować zamiast niego. To znaczy… jeżeli ktoś już musiał, to dlaczego to nie mogłem być ja…
Głos Oskara się załamał. Nie chciałem dalej drążyć tematu. Zresztą, chyba wiedziałem już wszystko, a przynajmniej tyle, ile powinienem. Nagle zdałem sobie sprawę, że moje problemy są takie głupie i nieważne w porównaniu z tym, przez co przeszedł Oskar. W końcu to tylko piłka. Ojciec sporo ode mnie wymaga, zbyt dużo, jeśli ktoś chce znać moje zdanie. Ciężko mi z tym i często czuję, że już sobie nie radzę. Ale coś takiego? Jeśli miałbym porównać swoje problemy ze śmiercią jedynego brata, to równie dobrze mógłbym o nich od razu zapomnieć.
Oskar jednak nie zapomniał.
– Twoja kolej – powiedział, starając się przetrzeć załzawione oczy na tyle dyskretnie, żebym nie zwrócił na to uwagi. Że niby czyścił okulary? I tak zauważyłem.
– Ja? To w sumie nic wielkiego.
– Nie wyglądałeś na „nic wielkiego”, kiedy tu przyszedłem.
– A, takie tam… – Nie wiedziałem jak zacząć.
Wiem, wiem, obiecałem, że jeśli Oskar mi wszystko opowie, to ja jemu też. Jednak po tym, co od niego usłyszałem, naprawdę nie wiedziałem jak zacząć.
– Po prostu… ostatnio zaczynam wątpić, czy to co robię naprawdę jest tym, co chcę robić.
– Masz na myśli piłkę? – zapytał Oskar. – Myślałem, że jesteś zapalonym piłkarzem, takim na sto procent. W końcu non stop siedzisz na treningach.
– I właśnie dlatego. Wciąż tylko treningi, sparingi, ćwiczenia, mecze, zgrupowania… Nie mam już na to wszystko siły. Zaczynam nawet myśleć, że piłka to nie dla mnie.
– Chyba powinieneś trochę przystopować.
– Mnie to mówisz? – Wywróciłem oczami, jakby Oskar powiedział mi najbardziej oczywistą rzecz pod słońcem.
– A komu mam mówić?
– No… na przykład mojemu tacie? To przez niego mam już dość wszystkiego, co związane z piłką.
– A sam nie możesz mu tego powiedzieć?
– Myślisz, że nie próbowałem? I to ile razy! Ale on ma gdzieś moje zdanie. Myśli, że skoro sam był kiedyś zawodowym piłkarzem, to teraz zna się na wszystkim najlepiej. A ja muszę go słuchać i być zawsze najlepszy, choćby nie wiem co, bo w końcu jestem jego synem. Twierdzi, że za mało się w życiu nabiegałem po boisku, żeby wiedzieć, co dla mnie dobre. Już sam nie wiem, jak mam mu to powiedzieć, żeby dotarło.
Oskar założył ręce, wyraźnie się nad czymś zastanawiając.
– Coś mi się zdaje, że w twojej sytuacji nie chodzi o to, jak powiedzieć to twojemu tacie, ale raczej o to, kto ma mu to powiedzieć – wymruczał pod nosem. – Daj mi się zastanowić, może coś wpadnie mi do głowy, okej?
– Okej – przytaknąłem. – Wiesz, w sumie fajny z ciebie gość. Nigdy bym się nie spodziewał.
– Ty też nie jesteś takim bucem, na jakiego wyglądasz.
– Bucem? – parsknąłem.
Oskar zaśmiał się z mojej reakcji. Musiałem zrobić strasznie głupią minę, skoro aż tak go to rozbawiło.
– Słuchaj, pewnie nigdy nie zrozumiem, jak to jest stracić brata, ale jeśli chcesz, mogę ci pokazać, jak to jest zyskać przyjaciela. Chcesz?
Oskar popatrzył na mnie, a jego mina mówiła wszystko. Nie musiał nawet odpowiadać. Uśmiechnąłem się szczerze i poklepałem go po plecach. Gdzieś z drugiego końca ulicy dobiegł nas znajomy śmiech. Obaj jednocześnie podnieśliśmy głowy. Maja, Jula i Antek już zmierzali w naszym kierunku.
__________
*Ola! – z języka hiszpańskiego: Cześć!
__________
*Ola! – z języka hiszpańskiego: Cześć!