23 czerwca 2016
Maja
 
Wygląda na to, że jestem umówiona ze znajomymi na jutrzejszy wieczór. Ale fajnie! Rano trzeba będzie tylko jakoś przepękać to nudne zakończenie roku szkolnego i już. Wakacje! Nie spodziewałam się, że zaczną się one dla mnie aż tak przyjemnie. Kiedyś lubiłam je głównie ze względu na to, że nie trzeba wtedy chodzić do szkoły. A nie chodzić do szkoły, równa się nie spotykać tych nudnych dzieciaków z mojej klasy. Teraz zaczynam rozumieć, że spotykanie się z innymi jest nawet całkiem przyjemne. Pod warunkiem, oczywiście, że ci inni naprawdę chcą się z tobą spotykać, a nie robią tego tylko dlatego, bo muszą.
Dzisiaj przyszliśmy wszyscy do księgarni, całą piątką, żeby ustalić, co dalej robimy. Przez ostatni tydzień codziennie szukaliśmy szóstej książki i nic. Wygląda na to, że jednak nic z tego nie będzie. Mnie to zupełnie nie przeszkadza. Przecież już dawno mówiłam, że Błyskotek mógłby zostać ze mną na stałe i dalej nie widzę w tym żadnego problemu.
Jakiś problem jednak widziałam, ale w czymś innym. Pamiętacie, jak skarżyłam się, że musiałam posprzątać pokój i pomyć naczynia? No właśnie. A, wyobraźcie sobie, że na tym wcale się nie skończyło! Przeszłam ostatnio przez naprawdę straszne rzeczy: mycie podłogi w salonie, nakrywanie do stołu, robienie zakupów, składanie prania… Brr, na samą myśl aż mi się zimno robi. A najgorsze było to, że wszystkie te okropne rzeczy robiłam na własne życzenie. Mama i tata byli tak zdziwieni moją chęcią do pracy, że sprawdzili nawet, czy nie mam przypadkiem gorączki. A ja sama jaka byłam zdziwiona! Pojęcia nie macie.
Byłam niemal pewna, że to sprawka pana Ewarysta. Skoro potrafi ożywić postaci z książek, to co to dla niego rzucić na mnie jakąś klątwę? Dziwiło mnie tylko, że pozostali nie potrafili zrozumieć, czym ja się właściwie tak przejmuję.
– Myślisz, że ktoś cię zaczarował, bo rodzice kazali ci umyć podłogę? – Oskar popatrzył na mnie podejrzliwie, unosząc wymownie brwi. – Nie przesadzasz trochę?
– Nie kazali. Sama zaproponowałam! I w tym cały problem.
– A z główką wszystko w porządku? – zapytał Bartek.
Spojrzałam na niego gniewnie. Oj, zbiera mu się, zbiera… Już chciałam mu odpyskować, ale, jak raz, zabrakło mi słów. Znowu. Ech, niech no ja się dowiem, czyja to sprawka!
– Maja, nie to, że ci nie wierzę, czy coś, ale naprawdę myślisz, że ktoś musiał cię zaczarować, żebyś trochę pomogła w domu? – Julka nie wyglądała na przekonaną.
Stanęła na palcach i podała panu Ewarystowi kolejną książkę. Razem z Antkiem zaoferowali, że pomogą mu rozłożyć na półki resztę towaru. A trzeba przyznać, że trochę tego było. Dopiero kończyli rozpakowywać pierwszy karton, a cztery inne czekały jeszcze w kolejce.
Pan Ewaryst, który starannie układał każdą z książek, ustawiając je na półce tak delikatnie, jakby bał się, że może którąś stłuc, powoli zszedł z kilkustopniowej drabinki i przy pomocy specjalnego nożyka rozpakował następny karton.
– Moja droga Julko, Maja może mieć odrobinę racji – powiedział, wspinając się z powrotem na drabinkę, z kilkoma książkami pod pachą. – Co prawda ja nie mam z tym nic wspólnego, ale jest jeszcze Błyskotek.
– Błyskotek? A co on ma do tego?
Odruchowo spojrzałam na mojego Błyskotka, którego zad wystawał zza jednej z półek. Pewnie znalazł tam coś ciekawego i dlatego zaszył się za regałami. On i jego jednorożcowe sprawy. Chyba nigdy tego nie zrozumiem.
– Jednorożce to bardzo niezwykłe i wyjątkowe stworzenia – zaczął pan Ewaryst, ani na chwilę nie odrywając się od swojego zajęcia. – Podobno mają rzadki dar odmieniania ludzkich serc.
– Czyli… że co? Przez to, że Błyskotek jest ze mną od tych paru dni, teraz już zawsze będę musiała zmywać naczynia? – zapytałam.
Lubię Błyskotka, ale wizja codziennego odwalania domowych obowiązków nie zapowiadała się zbyt obiecująco.
– Niezupełnie to miałem na myśli. – Pan Ewaryst zaśmiał się cicho, ale zaraz spoważniał. Przyznam szczerze, że tak poważnym jeszcze go nie widziałam. – Musisz wiedzieć, że kilka dni, to zbyt mało, żeby zupełnie odmienić ludzkie serce. Zwłaszcza takie, które, choć w środku wciąż miękkie i dobre, z wierzchu pokryło się twardym kamieniem. Kamień musi najpierw skruszeć i pęknąć. A kiedy serce pęka, to zawsze boli. Nawet takie z kamienia. Tym bardziej takie.
Popatrzyłam na pana Ewarysta, zupełnie nie rozumiejąc, o co mu chodzi. Przez chwilę nawet próbowałam zrozumieć, ale wreszcie wstrząsnęłam ramionami. W końcu to tylko jakiś dziwny staruszek, można się było spodziewać, że będzie mówił dziwne rzeczy.
– Dobra, dobra. Dosyć o Błyskotku. Powiedzcie lepiej, co dalej robimy z tymi książkami? – Szybko zmieniłam temat.
– No właśnie. Tyle szukaliśmy i nic. Raczej słabi z nas detektywi – westchnęła ciężko Julka.
– A może za mocno się spinamy? – Bartek rozciągnął się na wiklinowym krzesełku, zakładając ręce za głowę. Krzesło zaskrzypiało cicho. – Zluzujmy trochę. Staraliśmy się, nie wyszło. Jeśli naprawdę mamy znaleźć tę książkę, to sama się znajdzie i tyle.
– Bartek ma rację – zgodził się Oskar. – Nie wydaje mi się, żebyśmy mogli zdziałać coś więcej.
– To co teraz zrobimy? – spytała z przejęciem Julka.
– Ja wiem! Chodźmy na Kasztelankę!
Cała czwórka popatrzyła na mnie ze zdumieniem, a ja uśmiechnęłam się szeroko, dumna ze swojego genialnego pomysłu. – No co? Przecież sami stwierdziliście, że musimy zluzować.
– Racja. – Antek pokiwał głową, jakby właśnie sobie o czymś przypomniał. – Przecież to już jutro.
– A… co to właściwie jest ta Kasztelanka, na którą mamy iść? – zapytała Julka.
No tak, zapomniałam, że jest tutaj nowa. W Gołańczy i okolicach wszyscy wiedzą czym jest Kasztelanka i nikomu nie trzeba nic tłumaczyć. Co roku, w okolicy nocy świętojańskiej, miasto organizuje imprezę plenerową. Nazywamy ją Kasztelanką, bo ma upamiętniać pewną dziewczynę, córkę kasztelana, która podobno mieszkała kiedyś w gołanieckim zamku. To coś jakby taki festyn historyczny. Przyjeżdżają do nas grupy rekonstrukcyjne i robią nam w Gołańczy małe średniowiecze: lepią garnki, strzelają z łuku, biją się na miecze. Zawsze, obowiązkowo, musi być ogromne ognisko i chleb ze smalcem, a o północy – pokaz sztucznych ogni. Mnie jednak najbardziej podoba się tradycja puszczania wianków. Dziewczyny, które zanoszą je nad jezioro, zawsze są tak pięknie poubierane. Jak prawdziwe księżniczki! Sama chciałabym kiedyś pójść w takim korowodzie.
– Taka impreza w plenerze. Zresztą, sama jutro zobaczysz – powiedziałam szybko.
– Bardzo chętnie zobaczę – Julka wydawała się zdecydowana. – To jak, chłopaki, idziemy?
– Możemy się przejść – powiedział Oskar, bez szczególnego entuzjazmu. – W sumie to i tak żabi skok od mojego domu.
– Super! – Aż zapiszczałam z radości. Uwielbiam, kiedy wszystko idzie po mojej myśli. – Myślicie, że mój słodziaczek też będzie chciał iść z nami?
– Ja tam nie wiem, czy będzie chciał – Bartek wstrząsnął ramionami i wskazał na coś, czego nie widziałam, bo najpewniej leżało gdzieś z tyłu, za regałami – ale wygląda na to, że twój słodziaczek zostawił ci słodką niespodziankę za trzecią półką od lewej.
– A fe, Błyskotku… – skrzywiłam się, zaglądając między półki, gdzie leżała mała sterta jednorożcowych bobków.
Pan Ewaryst skinął na mnie dłonią i z tym swoim sympatycznym uśmiechem na twarzy, powiedział:
– Chodź, słoneczko. Pokażę ci, gdzie trzymam zmiotkę i szufelkę.