24 czerwca 2016
Oskar
Dzisiejszego ranka miałem plan. Trochę banalny, aż sam się sobie dziwiłem, że nie wymyśliłem czegoś bardziej skomplikowanego. Nie chodziło w nim jednak o skomplikowane działania, a o uznane autorytety. Był to plan, jak pomóc Bartkowi. Już wczoraj wieczorem ułożyłem sobie w głowie listę rzeczy niezbędnych do jego realizacji. Była dość krótka: jeden zestaw małego szpiega i jeden uznany autorytet.
Co do zestawu małego szpiega, szczęśliwie, miałem go akurat pod ręką. Była to stara zabawka, jeszcze po Adrianie. Tak się jakoś złożyło, że zaplątała się gdzieś pomiędzy moimi rzeczami podczas przeprowadzki i zamiast trafić do domu dziecka, jak reszta zabawek po moim bracie, ta jedna przyjechała razem ze mną do Gołańczy. Na początku chciałem ją zwyczajnie wyrzucić, ale ostatecznie zostawiłem ją na pamiątkę. Leżało to to sobie na dnie mojej szuflady, aż wreszcie przyszedł moment, że okazało się naprawdę przydatne. Cóż za zbieg okoliczności.
Zestaw małego szpiega, choć obdarzony tak poważnie brzmiącą nazwą, to w gruncie rzeczy bardzo prosta zabawka. Składa się w sumie tylko z dwóch elementów: maleńkiego, bezprzewodowego mikrofonu na baterie, który można podłożyć osobie, którą chce się podsłuchać i dyskretnej słuchawki, ledwie widocznej po założeniu, dzięki której można usłyszeć to, co podsłucha mikrofon. Ze strony technicznej byłem więc przygotowany. Ale sprzęt, to tylko połowa sukcesu. Potrzebny był jeszcze czynnik ludzki. Autorytet.
Sam z siebie nigdy nie nazwałbym Roberta Lewandowskiego uznanym autorytetem. To znaczy, nie ujmując nic temu prawdziwemu piłkarzowi, nie nazwałbym tak Lewandowskiego, który wyszedł z książki Bartka. Na nasze jednak szczęście, ojciec Bartka nie miał pojęcia, że oprócz prawdziwego Roberta Lewandowskiego, jest jeszcze jakiś inny. Aż się prosiło, żeby to wykorzystać. W końcu Bartek sam mi wczoraj powiedział, że dla jego taty najbardziej liczy się piłkarskie doświadczenie. Bartka może nie słuchać, ale jednego z najlepszych piłkarzy świata to już chyba posłucha, prawda? Ja nie miałem co do tego najmniejszych wątpliwości.
Wstałem punkt szósta, bo wiedziałem, że za piętnaście siódma ojciec Bartka wychodzi do pracy. Czym prędzej ubrałem się w białą koszulę i spodnie na kant, a na szyi zaciągnąłem krawat. Plany planami, ale przecież dziś zakończenie roku. Na to też musiałem być przygotowany. Średnia pięć przecinek dziewięć zobowiązuje. Świadectwo z paskiem samo się nie odbierze. Do kieszeni wcisnąłem zestaw małego szpiega i czym prędzej pognałem do księgarni, żeby zgarnąć Lewego.
Zaczailiśmy się na tatę Bartka za garażami przy blokach. Wiedziałem, w którym garażu parkuje samochód, bo Bartek trzyma tam też swój rower, a ja kiedyś widziałem, jak go chował. Wiedząc, że nie mam zbyt wiele czasu, czym prędzej wyjaśniłem Robertowi, jaka jest jego rola w moim planie.
– Włóż to do ucha – powiedziałem, wyjmując z kieszeni maleńką słuchawkę. – Dzięki temu będziesz mnie słyszał. Kiedy tata Bartka wyjdzie z domu, pójdziesz z nim porozmawiać. Ja tu zostanę i będę się przysłuchiwał.
– Ale… ale o czym ja mam z nim gadać? – Robert popatrzył na mnie spanikowanym wzrokiem. – Jestem piłkarzem, dobrze radzę sobie na boisku, a nie zagadując jakichś obcych gości.
– Niczym się nie przejmuj. Będę ci podpowiadał przez mikrofon. Mów tylko to, co ode mnie usłyszysz, a wszystko się uda.
– Nie wiem czy to dobry po…
– Ci… – syknąłem nagle, uciszając Roberta zanim skończył zdanie. – Idzie! To tata Bartka. Leć z nim porozmawiać!
– Ale ja naprawdę nie…
– No już!
Znów nie dałem mu dokończyć. Po prostu zaparłem się o jego ramię i wypchnąłem go zza garażu, prosto pod nogi zaskoczonego mężczyzny. Robert potknął się i zatoczył, wyjątkowo niezgrabnie jak na zawodowego sportowca.
– Co to ma być? Uważaj jak chodzisz, człowieku!
Ojciec Bartka wyglądał na zbulwersowanego. Jego pucołowata twarz w przeciągu jednej sekundy pokryła się mocnym rumieńcem. Myślałem, że był to rumieniec złości, ale szybko zmieniłem zdanie, kiedy mina taty Bartka, z zagniewanej, stała się zmieszana i zaskoczona jednocześnie.
– Pa… pa… pan Robert? Ale… tak we własnej osobie? Co pan tu robi? – wydukał z niemałym trudem.
Rybka połknęła haczyk – pomyślałem, już czując lekką ulgę, że realizacja mojego planu posunęła się naprzód przynajmniej o ten jeden, mały kroczek. Zrobiłem głęboki wdech i zacząłem mamrotać do mikrofonu.
– Dzień dobry. Chciałbym chwilkę porozmawiać o pańskim synu. Bartek został anonimowo zgłoszony do naszego nowego, międzynarodowego programu dla młodych sportowców, pod nazwą: „Mistrz szuka mistrza”.
Robert powtórzył moje słowa dokładnie, ale bez szczególnego przekonania. Cóż, na początek to musiało wystarczyć. Miałem nadzieję, że z czasem się rozkręci.
– Naprawdę? – ucieszył się ojciec Bartka. – A można wiedzieć, kto go zgłosił? Na pewno trener ich drużyny, mam rację?
Pokręciłem głową i wywróciłem oczami, chociaż i tak nikt mnie nie widział za tym garażem.
– Mówiłem przecież, że to było anonimowe zgłoszenie – wymruczałem, a Robert natychmiast to powtórzył.
– Racja, racja. Proszę mi wybaczyć, ale jestem ogromnie podekscytowany spotkaniem z tak znakomitą osobistością jak pan. Czy mogę liczyć na wspólne zdjęcie?
Ajć… To trochę zbiło mnie z tropu. Nie mogłem pozwolić, żeby tata Bartka chwalił się na prawo i lewo fotografią z kimś, kogo przecież nawet nie powinno tutaj być. Zresztą, kto wie, czy tego „naszego” Lewego da się w ogóle uchwycić na zdjęciu – pomyślałem, przypominając sobie stare bajki o wampirach i duchach, które nie miały nawet własnego odbicia w lustrze. Co by to była za afera, gdyby ojciec Bartka pstryknął sobie z Robertem wspólne zdjęcie, a potem okazałoby się, że jest na nim sam… O nie, nie mogłem do tego dopuścić!
– Wykluczone. Proszę wybaczyć, ale jestem tu dzisiaj incognito* – powiedziałem szybko do mikrofonu.
– Yyy… że jak? – bąknął Robert z niepewną miną, a ja pacnąłem się w czoło.
– Co proszę? – Tata Bartka popatrzył na niego lekko zaskoczony.
– Nie, nic. Przepraszam. To znaczy… wolałbym nie. Jako twarz międzynarodowej kampanii, jestem zobowiązany zachować swój wizerunek wyłącznie do celów marketingowych naszego programu. Rozumie pan, podpisałem umowę z reklamodawcą… – Rober, jakimś cudem, w miarę dokładnie powtórzył wszystko to, co nerwowo wyszeptałem mu do ucha przez słuchawkę.
– No trudno. Rozumiem. W takim razie, w czym mogę pomóc?
– Na początek chciałbym zapytać pana o plan treningowy pańskiego syna i o to, w jaki sposób go realizujecie. A jeśli Bartek dostanie się do kolejnego etapu naszego programu, to skontaktujemy się z panem raz jeszcze.
– Naturalnie. Plan treningowy. Więc…
Ojciec Bartka nabrał duży haust powietrza, no i się zaczęło! Mówił i mówił, i mówił. Minął dobry kwadrans, zanim zrobił sobie krótką przerwę na zastanowienie się, co jeszcze powiedzieć. Mówił o zgrupowaniach, ćwiczeniach ogólnorozwojowych, siatkach godzin treningowych, czy czegoś tam, ćwiczeniu prowadzenia piłki z zastosowaniem zwodu, żonglerce nogą ze stopniową zmianą wysokości podbicia piłki, podaniach prostopadłych i innych dziwnych rzeczach, przez które, od samego słuchania, poczułem się zmęczony. Jakim cudem Bartek ogarnia to wszystko, a nie jest w stanie przyswoić sobie nawet podstaw chemii czy fizyki?
– A jak dba pan o wypoczynek syna po treningu? Jak Bartek najczęściej spędza swój czas wolny? – Wstrzeliłem się z kolejnym pytaniem, korzystając z krótkiej przerwy w tym piłkarskim słowotoku. Robert powtórzył je czym prędzej.
– Odpoczynek? No cóż… Dbam o to, żeby zapewnić Bartkowi minimum siedem godzin snu na dobę – odparł mężczyzna po krótkim zastanowieniu. – A co do czasu wolnego, to czasem przyłapuję go, jak siada do konsoli, ale zaraz staram się go stamtąd przeganiać. Sam pan wie, panie Robercie, jak bardzo te durne gry są szkodliwe dla młodych ludzi, prawda?
– A hobby? Czy pański syn czymś się interesuje?
– Piłką nożną, rzecz jasna!
– Oczywiście. Ale może ma też inne pasje, tak poza piłką?
– Jak to, poza piłką? – Ojciec Bartka zmieszał się nieco, jakby czegoś nie pojmował. – A, rozumiem, panie Robercie. Chce mnie pan na czymś złapać i wyeliminować Bartka z programu. Proszę pana, mój syn za chwilę skończy szesnaście lat. Właśnie stoi u progu prawdziwej kariery. Jeśli myśli pan, że nie podchodzę do sprawy jego treningu na poważnie, to proszę się nie martwić. Rozumiem, że w tej chwili Bartek musi przede wszystkim trenować i jeśli będzie konsekwentny, już wkrótce może stać się gwiazdą pańskiego pokroju.
W milczeniu pokiwałem głową, ostrożnie wyglądając zza rogu garażu. Było dokładnie tak, jak mówił Bartek. Dla jego taty liczyła się tylko piłka. Na szczęście byłem przygotowany. Poszperałem wczoraj w literaturze i wypisałem sobie kilka cennych informacji, które mogły pomóc zmienić jego podejście.
– Czy wie pan, że naukowcy udowodnili korzystny wpływ szerokich zainteresowań na osiągnięcia sportowe? Posiadanie hobby może podnieść efektywność zawodnika nawet o… – zamilkłem nagle, poznając po minie Roberta, że nie usłyszał ani jednego mojego słowa.
No pięknie. Na pewno wyczerpała się bateria w mikrofonie. To moja wina. Zawaliłem po całości. Jak mogłem być na tyle głupi, żeby nie wymienić jej wczoraj wieczorem? Cały plan upadnie przez jedną, małą, durną baterię i moją głupotę.
Poczułem, że robi mi się gorąco. Co teraz? Co zrobi Robert? Jak mu podpowiedzieć co ma dalej mówić? Czułem, jak z każdą kolejną chwilą ogarnia mnie coraz większa panika. Już chciałem wyskoczyć zza garażu i zrobić… Sam właściwie nie wiedziałem, co chciałem zrobić, ale ostatecznie nie musiałem robić nic, bo Robert pokręcił powoli głową i westchnął cicho, a potem powiedział:
– Wie pan co? Coś panu powiem, ale tak od siebie. Moim pierwszym trenerem też był ojciec. Twierdził, że mogę osiągnąć wszystko.
Po usłyszeniu tych słów, na twarzy taty Bartka pojawił się lekki uśmiech zadowolenia. Widocznie wziął to bardzo do siebie. Skoro Robert Lewandowski zaczynał przygodę z piłką podobnie jak jego syn, to Bartka na sto procent też czeka ogromna kariera – tak zapewne sobie pomyślał. Robert mówił jednak dalej:
– Mogę, a nie muszę. Gdyby twierdził, że muszę, dziś pewnie byłbym wszystkim, tylko nie piłkarzem. Proszę to sobie przemyśleć, tak dla dobra własnego syna.
To powiedziawszy, Robert odwrócił się i najspokojniej w świecie poszedł sobie, nie wiadomo dokąd. Miałem tylko nadzieję, że z powrotem do księgarni. Tata Bartka stał jak wryty, bezmyślnie obserwując jego plecy, kiedy odchodził. Chyba jednak coś do niego dotarło. Oby, bo jeśli nawet rozmowa z samym Lewandowskim nic nie da, to nie wiem już, do jakiego autorytetu trzeba by się odwołać...
__________
*incognito – anonimowo
__________
*incognito – anonimowo