24 czerwca 2016
Bartek
Wieczorem to dopiero była akcja! Zaczęło się nawet całkiem spokojnie. Nie licząc tego, że po raz pierwszy widziałem, jak jeden człowiek zjada cztery duże waty cukrowe, jedna za drugą. Mało tego, Maja chciała kupić sobie jeszcze piątą, ale Oskar nastraszył ją, że już dwukrotnie przekroczyła zalecaną liczbę kalorii dla dziewczynki w jej wieku, czy coś w tym stylu. Krótko mówiąc, wyjaśnił jej, że jeśli tak dalej będzie, to za parę lat stanie się gruba i jej księżniczkowe, różowe sukienki pójdą się bujać. Dopiero to ją przekonało.
Oprócz tego było całkiem fajnie. Jak co roku, na placu obok stadionu, nie zabrakło rycerzy, mnichów i innych dziwnie poubieranych ludzi, którzy pokazywali, jak kiedyś wyglądało życie w miastach. Było strzelanie z łuku, lepienie glinianych naczyń i średniowieczne tańce. To ostatnie szczególnie przypadło do gustu Julce, która, ku zadowoleniu Romea, jako pierwsza wybiegła na ochotnika. Muszę przyznać, że szło jej nawet całkiem nieźle, ale ja za nic w świecie nie spróbowałbym tych przestarzałych wygibasów. O wiele bardziej podobał mi się taniec z ogniem. Sam chętnie poćwiczyłbym takie machanie płonącą pochodnią, czy jak to się tam nazywa. Ale, co w tym wszystkim najlepsze, między tymi przebierańcami, wojownikami i innymi cudakami, nie musieliśmy się nawet specjalnie starać, żeby wmieszać naszych nietypowych towarzyszy w tłum. Ork i jednorożec musieli oczywiście pozostać niewidzialni, ale już pani Maria i Romeo nie rzucali się wcale w oczy. Tylko z Robertem miałem problem. Dziewczyny musiały wcześniej ucharakteryzować go na tyle, żeby nikt go nie rozpoznał, bo to by dopiero była sensacja – Lewandowski na gołanieckiej Kasztelance! Na szczęście zupełnie inne uczesanie, ciemne okulary i odrobina jakichś dziwnych kosmetyków, których nazwy nie potrafię nawet powtórzyć, zrobiły swoje. Dziewczyny dobrze się spisały. Sam bym Roberta nie poznał.
Najlepsza jednak była akcja z rycerzami. Co roku przyjeżdża do nas któraś z grup rekonstrukcyjnych, żeby pokazać na żywo, jak wyglądały walki na miecze w dawnych czasach. Przystanęliśmy na chwilę, żeby popatrzeć. Wewnątrz utworzonego przez widzów, dużego okręgu potykała się ze sobą dwójka rycerzy-przebierańców. Obaj mieli brązowe stroje, które wyglądały jakby były uszyte z grubej skóry, srebrne hełmy na głowach, a w ręku miecze i okrągłe, drewniane tarcze, pomalowane na żółto. Kiedy skończyli walkę, jeden z nich, ten, który zwyciężył, zawołał do publiczności:
– Czy znajdzie się wśród was jakiś śmiałek, który jest na tyle odważny, by się ze mną zmierzyć!?
Spodziewałem się tego. Normalka. Co roku to samo: wybierają jakiegoś dzieciaka, przebierają go za wojownika i dają drewniany mieczyk. Najczęściej taki biedak nie może się nawet ruszyć z tym całym, niby profesjonalnym, ekwipunkiem. Wszyscy pośmieją się trochę i tyle, koniec walki. Ale tym razem było zupełnie inaczej.
Kątem oka zauważyłem, jak Antek blokuje przejście niewidzialnemu Rookowi. Wyglądał, jakby siłował się z powietrzem. I o ile Rook w końcu zrezygnował, o tyle znalazł się wśród nas inny odważny.
– Ja podejmę twoje wyzwanie! – wydarł się Romeo, wychodząc śmiało naprzód. Julka chciała go zatrzymać, ale nie zdążyła. Chłopak odwrócił się i posłał jej rozmarzone spojrzenie. – Nie lękaj się. To dla ciebie, o pani mego serca.
Julka tylko wywróciła na to wszystko oczami, a przebrany rycerz uśmiechnął się spod hełmu.
– Widzę, że mamy tu nie lada romantyka – powiedział zadziornie. – No dobrze. Trzymaj, wielki wojowniku.
Romeo zmierzył wzrokiem kawałek surowego drewna, który miał mu służyć za broń i pokręcił głową, wyraźnie niezadowolony.
– Tym mam się z tobą potykać? Drewno przeciw żelazu?
– Taki z ciebie kozak? – Rycerz zaśmiał się pod nosem. – Przecież to tylko zabawa.
– Odmówienie uczciwego oręża to nie zabawa, tylko tchórzostwo – odpowiedział Romeo, jak najbardziej poważnie.
Widzowie najwyraźniej zgodzili się z jego słowami, bo natychmiast potwierdzili je przeciągłym buczeniem. Rycerz wstrząsnął bezradnie ramionami i popatrzył na swojego towarzysza, jakby u niego szukał wsparcia.
– No co, nie dam mu przecież żelastwa. To jakiś dzieciak. Jeszcze sobie coś zrobi i będziemy mieć kłopoty.
– Daj mu. – Drugi rycerz, ten, który wcześniej został pokonany, wyciągnął w stronę Romea swój miecz. – I tak są tępe, niech sobie pomacha.
Chłopak przyjął broń, po czym machnął nią raz i drugi, chociaż wszyscy widzieliśmy, że była dla niego ciut za ciężka.
– Sam się prosiłeś. – Rycerz po raz kolejny wzruszył ramionami.
– Jeśli nie macie nic poczciwszego…
– No dobrze, mistrzu. Zacznijmy od postawy wyjściowej. Stań sobie wygodnie, lekki rozkrok, nogi zgięte w kolanach i…
Zanim rycerz dokończył zdanie, Romeo ruszył naprzód, okręcił się wokół własnej osi, potem zakręcił też mieczem i w jakiś niepojęty sposób, wytrącił broń z ręki rywala. Razem z mieczem rycerzowi opadła kopara. I to dosłownie. Tak go zamurowało, że przez chwilę nie mógł nic z siebie wydusić.
– Ale się popisałeś – zaśmiał się jego kolega.
– Bardzo śmieszne. Zaskoczył mnie – bronił się rycerz.
Szybko podniósł miecz i ponownie przyjął odpowiednią postawę. Widzowie, natomiast, z trudem powstrzymywali się od śmiechu. My także.
– Czyli jakieś tam pojęcie o fechtunku masz. W porządku. Przejdźmy do uderzeń.
– Wedle życzenia – zgodził się Romeo i nim rycerz zdążył cokolwiek dodać, ruszył na niego po raz kolejny.
Dwa szybkie ruchy wystarczyły, by miecz mężczyzny po raz kolejny znalazł się na ziemi. Romeo zrobił kilka kroków w tył i skłonił się lekko swojemu przeciwnikowi.
– Dziękuję za pojedynek. Nie wiem, kto cię uczył prowadzenia oręża, szanowny panie, ale radzę go jeszcze odwiedzić. Najlepiej wielokrotnie.
Tym razem już nikt się nie powstrzymywał. Wszyscy, nawet drugi rycerz, wybuchnęliśmy donośnym śmiechem, a potem nagrodziliśmy Romeo potężnymi brawami.
Czas mijał nam strasznie szybko. To takie niesprawiedliwe, że przy dobrej zabawie, czas zawsze tak szybko leci. Zrobiło się ciemno. Maja i Jula poszły oglądać, jak poprzebierane w średniowieczne stroje dziewczyny puszczają wianki na wodzie jeziora, a my zostaliśmy na placu, patrząc na wielkie, rozpalone pośrodku ognisko, które wznosiło swój płomień wyżej i wyżej.
Było już sporo po dwudziestej trzeciej, kiedy, zupełnym przypadkiem, wypatrzyłem w tłumie dwie znajome twarze. Znajome i do tego przestraszone na śmierć.
– Ej, widzicie? – zapytałem Oskara i Antka, trącając łokciem najpierw jednego, a potem drugiego.
Obaj popatrzyli w stronę, którą im wskazałem. Tam, zza dmuchanego zamku, takiego do skakania dla dzieci, wychylały się dwie postaci.
– No co? Jakichś dwóch chłopaków tam stoi – stwierdził obojętnie Antek.
Nie przejął się za bardzo. Widać nie poznał, co to za jedni.
– Nie widzisz kto to? To przecież Maciej i Błażej. I mówię wam, nigdy w życiu nie widziałem ich takich przerażonych.
– Ci dwaj, którzy zaczepiali nas ostatnio na korytarzu w szkole? – domyślił się Oskar.
– Dokładnie – odpowiedziałem. – Słuchajcie, coś mi tu nie gra. Lepiej to sprawdzić.
Ruszyłem w stronę dwójki chłopaków, w pośpiechu przeciskając się pomiędzy ludźmi. Pozostali pobiegli za mną. A kiedy już byliśmy za dmuchanym zamkiem, Błażej i Maciej podskoczyli ze strachu na nasz widok.
– To wy? – zapytał Błażej, drapiąc się nerwowo po obsypanym pryszczami policzku. – Czego chcecie, jeszcze gorzej nas nastraszyć?
– Nie. Dlaczego mielibyśmy was straszyć? – zdziwił się Antek. – Stało się coś, że jesteście tacy przerażeni?
– Nawet nie pytaj! – Tym razem to Maciej odpowiedział.
Cały aż trząsł się ze strachu. Pierwszy raz widziałem go w takim stanie. Przecież on nawet przed wywiadówką nigdy się nie bał. A teraz?
– Tam jest jakiś potwór! Demon, normalnie! Te ślepia, ten głos… Nie no, stary, zmywajmy się stąd – powiedział pospiesznie do swojego towarzysza.
– Ale zaraz, jaki potwór? Gdzie? – Antek nie dawał za wygraną.
Pewnie pomyślał o tym samym, co ja, że ten jego ork wywinął jakiś numer i poszedł sobie na nocny spacerek, strasząc ludzi na śmierć, tak zupełnie przy okazji.
Szybko jednak okazało się, że opis chłopaków zupełnie nie zgadzał się z wyglądem Rooka.
– Taki wielki, cały czarny. Wyglądał jak rycerz, więc myśleliśmy, że to któryś z tych przebierańców, ale wtedy ruszył na nas i o mało co nas nie pozabijał – opowiadał nerwowo Błażej.
– Ale kto? – zapytałem. – Gdzie wyście go widzieli?
– Na zamku. Poszliśmy podejrzeć, jak rozstawiają fajerwerki po drugiej stronie jeziora. Schowaliśmy się na dziedzińcu, a wtedy on na nas wyskoczył. To było okropne! Myślałem, że nam głowy poucina! Chodź, Maciej, lepiej faktycznie spadajmy do domu, zanim ten potwór wróci. I wam też radzę. – Błażej wskazał na nas palcem.
Ale myśmy nie zamierzali uciekać. Nawet, jeśli na zamku faktycznie kręcił się jakiś potwór. Wymieniliśmy między sobą porozumiewawcze spojrzenia. To mogła być nasza szansa. Jeśli ci dwaj naprawdę widzieli tam coś niezwykłego, to być może właśnie wpadliśmy na trop właściciela ostatniej książki. Musieliśmy to sprawdzić. I to szybko!