24 czerwca 2016
Antek
 
Pobiegliśmy jak szaleni, zgarniając po drodze dziewczyny i w pośpiechu tłumacząc im o co chodzi. Przebiegnięcie wokół jeziora na jego drugą stronę nie zajęło nam wiele czasu. W kilka minut znaleźliśmy się pod zamkiem, który teraz, w mrokach nocy, wyglądał jeszcze wspanialej. Jasne oprawy ziejących czarną pustką okien kontrastowały na tle potężnych murów, a masywna wieża wydawała się w ciemnościach jeszcze masywniejsza.
Zdyszani, zatrzymaliśmy się na chwilę. Co dalej? Popatrzyliśmy po sobie bezradnie. Jeśli Błażej i Maciej mówili prawdę, w murach zamku kryło się coś naprawdę strasznego. A my na pewno nie czuliśmy się na to przygotowani. Szliśmy na spotkanie jakiegoś okropnego potwora, uzbrojeni jedynie w orka, niewidzialnego jednorożca, gwiazdę piłki nożnej, emerytowaną noblistkę i młodego romantyka, który, jak na złość, zostawił swój krótki miecz w księgarni. Julka sama go do tego namówiła. Bała się, że Romeo coś komuś zrobi, nawet zupełnie niechcący. Oprócz tego, mieliśmy jeszcze dobre chęci, ale to raczej mało praktyczna oręż w walce z potworami.
Mimo to, po cichu podeszliśmy pod mury zamku. Wiatr gwizdał między starymi cegłami, napełniając nas jeszcze większym niepokojem. W powietrzu coś bzyczało. Może komary, a może jakieś inne licho, które przed północą jeszcze nie spało i postanowiło złośliwie zagrać nam na nerwach. Gdzieś daleko szczekały psy. Pewnie czuły, że dzieje się coś niedobrego. My też to czuliśmy.
Usłyszeliśmy głos. Głos tak dziwny i nienaturalny, że aż trudno nam było wyobrazić sobie, do kogo mógł należeć.
– Czekam na twój rozkaz, mistrzu Marcinie.
Nie wytrzymałem. Wstrzymałem oddech i wychyliłem głowę, wyglądając zza muru, przez bramę, na ciemny dziedziniec zamku. Nie widziałem zbyt wyraźnie, ale byłem niemal pewien, że widzę jakiegoś dzieciaka. Mało tego, wydawał mi się znajomy, tylko nie potrafiłem go nigdzie przykleić. Drgnąłem lekko, kiedy Bartek trącił mnie palcem w bok. On też nie dał rady powstrzymać się przed wyjrzeniem zza muru. Nic jednak nie powiedział, nie chcąc zdradzać naszej obecności, tylko delikatnie poklepał się dłonią po dole pleców. Wtedy w mojej głowie zaświtało. No tak! To ten sam chłopak, który przewrócił się na schodach. Ten, z siniakiem na plecach. Mistrz Marcin, tak? Wyglądało na to, że właśnie poznaliśmy jego imię.
– Dobrze się spisałeś z tymi dwoma, ale to było tylko tak, na próbę. To wciąż za mało – powiedział.
Nie wiedzieliśmy z kim Marcin rozmawiał, bo jego rozmówca stał trochę dalej, w cieniu zamkowych murów, za które blady blask księżyca już nie docierał.
– Czy nie dość ich nastraszyłem, mistrzu?
– Nie, było całkiem okej. Ale dosyć już straszenia. Teraz chcę, żebyś załatwił sprawę raz na zawsze. Raz… na zawsze – powtórzył Marcin, machając ręką w taki sposób, jakby chciał przeciąć kogoś na pół niewidzialnym mieczem.
O czym oni rozmawiali? O co tu chodziło? Było wiele rzeczy, których nie rozumieliśmy, ale była też jedna, której wszyscy byliśmy pewni. Widziałem to w oczach swoich towarzyszy. Wszyscy doskonale wiedzieliśmy, że to Marcin był osobą, której szukaliśmy przez ostatni tydzień. To on dostał szóstą książkę od pana Ewarysta.
– Czego oczekujesz ode mnie, mistrzu Marcinie? – Nienaturalny głos zabrzmiał po raz kolejny.
– Nie wiesz? Jesteś w końcu Czarnym Mścicielem, więc zrób to, co do ciebie należy. Zemścij się, za mnie, ale tak skutecznie. Za każdy mój siniak, za każde stłuczone kolano i obite żebro. Zemścij się za to wszystko, tak porządnie. Tak, żebym już nigdy więcej nie oberwał. Żebym już nigdy nie musiał płakać po nocy. Rozumiesz?
Kiedy to usłyszałem, od razu schowałem się z powrotem za murem, mocno przyciskając plecy do jego chłodnych cegieł.
– On chce ich załatwić, tak na dobre – wyszeptałem przerażony. – Ten Marcin. Widzieliśmy kiedyś z chłopakami, jak Błażej i Maciej popchnęli go na schodach. Pewnie to nie był pierwszy raz. Pewnie często go tak traktowali, a teraz on chce się zemścić.
– Co chce im zrobić? – spytała przestraszona Julka, szeptem tak słabym, że ledwie było ją słychać.
– Nie wiem – przyznałem zgodnie z prawdą.
W końcu nie wiedzieliśmy jeszcze, czym jest ten cały Czarny Mściciel, ale sądząc po przerażeniu tamtych dwóch, którzy go widzieli, musiał być czymś naprawdę okropnym.
– Mam złe przeczucia. Musimy coś z tym zrobić – stwierdził Oskar.
Z ciemności dobiegł nas podejrzany dźwięk, jakby skrzypienie trącego o siebie metalu. Wszyscy, jak jeden, wychyliliśmy się z ukrycia, zaciekawieni, ale i przestraszeni. Musieliśmy mocno wytężyć wzrok, żeby zobaczyć kto, a raczej co wychodziło właśnie zza zasłony cienia. Była to wysoka postać o szerokich ramionach, od stóp do głów zakryta czarną, stalową zbroją. Nie było na niej żadnych wzorów, znaków, żadnego emblematu na gładkim napierśniku. Tylko gdzieniegdzie, na łączeniach poszczególnych części zbroi i w przegubach, przebijał, jakby od środka, dziwny, bladoczerwony blask. Twarzy nie było widać w ogóle, chociaż rycerz był do nas odwrócony przodem. Wszystko zakrywał masywny hełm, a z dwóch wąskich otworów na oczy, biło wściekłe, czerwone światło. Całość wyglądała tak, jakby wewnątrz zbroi nie było wcale rycerza, a jedynie masa świecącej, rozgrzanej do czerwoności lawy. Tylko głupi by się nie przeraził na widok czegoś takiego.
– Pójdziesz tam i pokażesz, jak to jest, kiedy nie ma dokąd uciekać. Jak to jest być ofiarą. Jasne? – powiedział Marcin, rozkazującym tonem.
Czarny rycerz skłonił się lekko i oparł obie dłonie o rękojeść długiego miecza, który sięgał mu od ziemi, aż po łokcie. Nawet ostrze było czarne i nawet od niego bił ten dziwny, czerwony blask. Blask, który kojarzył się ze wszystkim, co najgorsze. Ze złością, z nienawiścią… z zemstą.
– Słuchajcie. – Bartek skinął na nas wszystkich dłonią. Zbiliśmy się w ciasny okrąg, tak, żeby mógł mówić jak najciszej. – To prawda, że Maciej i Błażej zachowują się czasami jak dwa tumany, ale nie możemy przecież pozwolić, żeby dostali się w łapy tego… czegoś. Musimy coś wymyślić.
– Racja – zgodziłem się bez wahania. – Trzeba go jakoś powstrzymać.
– Powstrzymać – warknął Rook, tuż nad moim uchem. – Rook powstrzymać ta kreatura. To wasza zamek! Rook walczyć dla swój ghraa! Rook pokonać czarny rycerz, ghyaaa!!!
Z dzikim rykiem na ustach, Rook pojawił się nagle, wyskakując zza muru i tym samym zdradzając naszą dotychczasową kryjówkę. Nie wiedziałem, czy włos jednorożca zerwał mu się przypadkiem, czy sam go rozerwał, chcąc stanąć z przeciwnikiem twarzą w twarz. Sam nie wiem kiedy i jak to się stało, że i ja wybiegłem za nim.
– Nie! – krzyknąłem przerażony, widząc, jak wielki rycerz unosi miecz, z łatwością blokując uderzenie ciężkiego, orkowego topora.
– Czego tu chcecie?! – wrzasnął Marcin, cofając się nagle, aż pod ścianę zamku.
Widać było po jego minie, że nie spodziewał się żadnego towarzystwa.
– Nie bój się, chcemy pogadać – powiedziałem szybko.
Tak, wiem, że to mój ork wyskoczył znienacka i rzucił się na czarnego rycerza z toporem, ale daję słowo, że wcale tego nie planowałem.
– Ale ja nie chcę z nikim gadać. Dajcie mi spokój!
Nie wiedziałem co robić. Pokręciłem nerwowo głową, rozglądając się na boki. Z jednej strony zobaczyłem Bartka, Julkę i Romeo. Ten ostatni stał z przodu, dzierżąc w dłoni długi, sękaty kij i gotów bronić swojej Julii w każdej chwili, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. Z drugiej strony Rook siłował się z rycerzem. Do tej pory myślałam, że Rook jest naprawdę wielki, ale ten czarny potwór przewyższał go o dobre pół metra.
– Posłuchaj, możemy oddać nasze książki! Wtedy to wszystko się skończy! – zawołałem.
– Co się skończy? Dla kogo? To się nie skończy, nigdy! – wykrzyczał Marcin. – Nie, jeśli sam tego nie zakończę! Ja nie będę nic oddawał! Dajcie mi spokój i idźcie sobie stąd, albo każę Czarnemu Mścicielowi was też rozwalić!
Poczułem dreszcze, kiedy Rook upadł z hukiem na ziemię, odepchnięty nieludzką siłą czarnego miecza. Rycerz zamachnął się ostrzem tuż nad jego głową.
– Teraz!
Przed wymierzeniem ciosu powstrzymał go krzyk Oskara. Spojrzałem w górę i zobaczyłem go, ciemniejącego na tle nocnego nieba, w towarzystwie pani Marii i Roberta. Nie miałem czasu się zastanawiać, jak Oskarowi i reszcie udało się tak szybko wdrapać na zamkowy mur. Najważniejsze, że byli poza zasięgiem czarnego miecza. Coś świsnęło w powietrzu, a sekundę później, średniej wielkości kamień uderzył z brzdękiem prosto w hełm czarnego rycerza.
– Idealnie oszacowana trajektoria. – Pani Maria pokiwała głową z zadowoleniem.
– Łapy precz od naszych przyjaciół! – zawołał gniewnie Oskar, podając Lewemu kolejny kamień, który, zaraz potem, jednym szybkim kopniakiem został posłany w ślad za poprzednim.
Zanim Mściciel otrząsnął się po tym niespodziewanym ostrzale z góry, Rook był już na nogach, gotów walczyć dalej. Jego wąskie nozdrza drgały ciężko. Charczał, wdychając i wydychając powietrze. Widziałem, że jest już zmęczony, ale mimo wszystko, rwał się do ataku. Masywny topór połyskiwał, odbijając blask księżyca i zgrzytał boleśnie, blokując kolejne uderzenia długiego miecza. Było niby tak samo, jak w moich książkach. Przedziwne stwory, zażarta walka, niebezpieczeństwo… A jednak wcale mi się to nie podobało. Bałem się o Rooka, o resztę. Bałem się o siebie. Nie tak wyobrażałem sobie moją wielką, fantastyczną przygodę. Zupełnie nie tak!