24 czerwca 2016
Maja
Siedziałam schowana za murem zamku i czekałam. Za sobą czułam przyspieszony oddech Błyskotka, który, jak do tej pory, nie odważył się jeszcze zrezygnować z niewidzialności. Za bardzo się bał. Wcale mu się nie dziwiłam. Sama umierałam ze strachu. Nie dlatego jednak chowałam się za murem. Kiedy ten chłopak, ten Marcin, podszedł trochę bliżej, zauważyłam coś, co mogło nam pomóc. I to bardzo. On miał ze sobą książkę. Tę książkę! Trzymał ją kurczowo pod pachą, przyciskając do siebie ze wszystkich sił. Na pierwszy rzut oka trudno ją było zobaczyć, bo okładka była dość ciemna, ale ja jestem przecież bystra, wiadomo.
Pomyślałam sobie tak: można by poczekać, aż Marcin podejdzie jeszcze bliżej, a potem wyszarpnąć mu niespodziewanie tę książkę i zanieść ją do księgarni. Wtedy ten wielki, zakuty w czarną konserwę potwór zniknie raz na zawsze. Niestety, wtedy zniknie też Błyskotek i reszta… Od samego początku chyba tylko ja nie chciałam, żeby szósta książka się znalazła, bo wiedziałam, co to oznacza. Pożegnanie z Błyskotkiem. I pewnie też z Julką, Bartkiem, Antkiem i Oskarem, bo wątpię, żeby chcieli się ze mną dalej zadawać, kiedy już nie będą mieli ku temu powodu. Nie, Majka, co ty pleciesz?! Jesteś przecież cudowną, idealną księżniczką. Powinni być ci wdzięczni, że chcesz poświęcać im swój czas! A może nie?... Jej, sama już nie wiem.
W każdym razie nie mogłam bezczynnie patrzeć, jak mroczna konserwa próbuje pociąć na kawałki naszą wypasioną ropuchę. Nawet, jeśli byłby to najbrzydszy stwór na świecie, to Antek zdążył się już do niego przywiązać. I ja trochę też…
– Powiedz mu, żeby przestał! Proszę! – zawołała błagalnie Julka.
– Bo co, bo teraz ktoś inny obrywa? – zawarczał Marcin, cedząc słowa przez zęby. – Nie! Kiedy ja obrywam, nie ma nikogo, kto krzyknąłby „przestań”! Wtedy nikt nic nie widzi, ani nie słyszy. Wiecie, jakie to uczucie?!
– Pomożemy ci! – krzyknął zdecydowanie Antek. – Przypilnujemy, żeby ani Błażej, ani Maciej nie zbliżyli się do ciebie już ani razu!
– Kto? – Marcin wyglądał na zdziwionego.
Zachwiał się i zrobił kolejne dwa kroki w moją stronę. Tak, jeszcze kawałek. Jeszcze tylko parę metrów...
– Tych dwoje, którzy popchnęli cię wtedy na schodach – wyjaśnił szybko Bartek. Z trudem przekrzykiwał szczęk i zgrzytanie metalu o metal, które towarzyszyło toczącej się na dziedzińcu walce.
– Co? Nie! Mam gdzieś tych głupków. To nic takiego w porównaniu z... Wy nic nie wiecie, nic nie rozumiecie!
– To nam wytłumacz – poprosiła ostrożnie Julka, z pewnym wahaniem w głosie.
Marcin też się zawahał. Przesunął się o kolejnych kilka kroków, ustępując pola walczącym. Był już dość blisko, żebym mogła zwinąć mu książkę. Wzięłam głęboki wdech. Jak bardzo chciałabym być teraz niewidzialna, tak jak Błyskotek. Nie było jednak na to szans. Kiedy Błyskotek się boi, za nic w świecie się nie pokaże. Nie wiedziałam nawet, gdzie szukać jego ogona, żeby pożyczyć sobie jeden z magicznych włosów. No, trudno. Stwierdziłam, że poradzę sobie sama. Zagryzłam zęby i w jednej chwili wyskoczyłam z ukrycia, łapiąc książkę i wyrywając ją niczego niespodziewającemu się chłopakowi.
– Mam! Słuchajcie, mam! – zawołałam, wymachując nią, dla lepszego zwrócenia uwagi reszty towarzystwa.
Marcin potrząsnął głową, szybko odnajdując się w sytuacji.
– Bierz ją! – ryknął krótko.
To trwało dosłownie chwilę. Czarny Mściciel odwrócił się błyskawicznie, unikając topora Rooka i ruszając w moją stronę z gniewem bijącym z czerwonych ślepi. Usłyszałam słaby krzyk Julki i szczęk żelastwa, zbliżającego się w moją stronę z ogromną prędkością. Później usłyszałam jeszcze cichy gwizd długiego ostrza, tnącego powietrze tuż nade mną, a potem najgorszy dźwięk, jaki tylko mogłam sobie wyobrazić. Przeraźliwy pisk, kwik, rżenie tak pełne bólu i rozpaczy, że nawet nie poczułam, kiedy łzy zaczęły kapać mi po policzkach. Na moment wszystko ucichło. Nie słyszałam już nic. Dosłownie. Nawet bicia własnego serca.